Popijając ulubiony napój przeglądam hurtowo modowe gazetki, które z różnych powodów uzbierały się już w całkiem pokaźny stosik. Właśnie mam krótką pauzę, więc chętnie się nimi zajmę. Uderza mnie, że w prawie każdym numerze mamy tych samych aktorów występujących w roli współczesnych arbitrów dobrego smaku, czyli: 

  • redaktorki i fotografki modowe, 
  • kilka znanych postaci blogosfery
  • oraz panie występujące tu i ówdzie, o których nie wiadomo czym się dokładnie zajmują, więc najczęściej opisuje się je wpadającą w ucho nazwą „stylistka” albo „modelka”. 

 

Całkiem przypadkowy wybór numerów, a buzie jakoś bardzo podobne jedna do drugiej.

 

 

Cechami charakterystycznymi tak chętnie fotografowanych pań sceny street są długie włosy w „naturalnym” nieładzie, mocno wygłodniałe oblicza, a także hołdowanie podobnym zasadom przy wyborze ubrania, które można by podzielić według następujących kluczy:

 

1. Zakładam tylko to, co akurat leci na wybiegach i jeszcze nie dotarło na okładki magazynów. Całkiem niezłe nastawienie już od zawsze faworyzowane przez oryginałów i wizjonerów, no i ktoś musi przecież w końcu przecierać ślady nam maluczkim. Tyle, że w tym konkretnym przypadku nie mamy do czynienia z awangardową wizją własną, tylko z kopiowaniem jeden do jednego cudzych idei.

 

2. Zakładam tylko to, co jest kobiece i seksowne + okropnie drogie i okropnie wysokie buty wyglądające jak koszmar szalonego ortopedy. Niby w porządku pomysł, szczególnie w jego pierwszej części, tylko… przy walorach osobistych odznaczających się rozmiarem konfekcyjnym 32 (przy wzroście 179 cm i więcej), aż strach patrzeć.

 

3. Zakładam tylko to, co całkowicie deformuje sylwetkę + okropnie drogie i okropnie paskudne buty wyglądające jak koszmar szalonego ortopedy. Pomijając kwestię estetyki, mam podejrzenie, że tu wcale nie chodzi o ubranie, a raczej o prowokującą próbę oznajmienia światu: „Jestem świetna i robię tylko to, co mi się podoba. A wy bierzcie ze mnie przykład albo odczepcie się i pocałujcie mnie… gdzieś”.
Nie mogę powiedzieć, że ta filozofia kompletnie mi się nie podoba. W całkowitym przeciwieństwie do stylu.

 

 

Ogólnie mam wrażenie, że choć wszyscy razem i każdy z osobna zadał sobie sporo trudu, żeby wyglądać inaczej niż koleżanki z branży, uzyskujemy tu zupełnie odwrotny efekt i całe towarzystwo przypomina sklonowaną armię nieudanych modelek.

 

 

Czy ktoś tak konserwatywny, nienowoczesny i nieidący z duchem czasu jak ja, może wyciągnąć dla siebie z tych obserwacji jakieś praktyczne wnioski niekoniecznie mające coś wspólnego z odmianą przez przypadki wyrażenia „fashion victim”?

Tak. Kiedy przyglądam się zdjęciom najbardziej porusza mnie emanująca z nich pewność siebie. Pewność siebie wynikająca z umiejętności samokreacji. Pewność siebie, będąca konsekwencją talentu do nadania sobie samej takiego znaczenia, którego nikt nie ośmieli się postawić pod znakiem zapytania.

 

Niech będzie ona dla nas nauką oraz natchnieniem w momentach zwątpienia i niezadowolenia z siebie samych, Miłe Przyjaciółki.

 



Komentarze

  1. Anonymous
    13 marca 2014

    Świetnie napisane. Podpisuję się pod tym i zaczynam ćwiczyć pewność siebie :) Mirka

    Odpowiedz
  2. Anonymous
    13 marca 2014

    Pewnosc siebie przychodzi z wiekiem ( przynajmniej w moim przypadku ). Pozdrawiam Maria.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      13 marca 2014

      I ja ładnie pozdrawiam, zazdroszcząc. Bo sama ciągle muszę jeszcze trochę nadrabiać miną.

      Odpowiedz
  3. Iwona Dohrmann
    13 marca 2014

    Hehehe… ;DDD

    Odpowiedz

Dodaj komentarz