Sukienki na chłodniejsze dni, czyli tak naprawdę na więcej niż 240 dni w roku:

  • nasycone, intensywne kolory (całkiem przypadkiem hit ostatniego sezonu: barwy kamieni szlachetnych, rubin i szafir, no, prawie szafir),
  • kobiece fasony podkreślajace sylwetkę, ale jej nie krępujące (z obowiązkowo lekko poszerzonym dołem i subtelnym akcentem na talię),
  • długość dobrana do wysokości cholewki kozaków (lubię długie kozaki, tuż pod lub nad kolano i noszę je prawie przez ¾ roku – zimna, wietrzna pogoda Dolnej Saksonii sprzyja mojemu upodobaniu),
  • tkanina, romanit dżersej z prawdziwej wełny, to to, co w nich najbardziej lubię i cenię (więcej o zaletach wełnianych tkanin w poprzednim poście).

 

 

 

 

Chcę Was zarazić (a pogoda sprzyja) miłością do wełnianego dżerseju, który choć niełatwy do zdobycia, jest wart moim zdaniem każdego trudu. Dlaczego?

1.  Nie gruby ale gęsto tkany rozgrzewa przyjemnie, choć nie pocę się w nim w nagrzanych pomieszczeniach;
2.  elastyczny choć bez dodatku streczu;
3.  nie gniecie się;
4.  ładnie dopasowuje się do ciała, nie opina, nie uciska, nie pogrubia;
miękki i mięsisty w dotyku;
5.  szlachetny i szykowny w wyglądzie (całkowite przeciwieństwo, tak często dostępnych na rynku bawełnianych czy wiskozowych dzianin).

A do tego, moje sukienki, choć noszone chętnie i intensywnie już od kilku sezonów, nie okazują specjalnych śladów zużycia czy zmęczenia materiału. Yeah!

 

Dzianiny mają do siebie to, że są rozciągliwe, miękkie i gniotą się mniej od tkanin. Tracą jednak szybko i chętnie swój pierwotny kształt oraz bardzo lubią kleić się do ciała, podkreślając to, co niekoniecznie musi ujrzeć światło dzienne. Jednak z połączenia „dzianina” i „wełna” otrzymujemy dzianinę wełnianą, a wraz z nią wyjątkowy zestaw zalet, którym nie dysponują dzianiny wykonane z innych materiałów. Naturalna elastyczność i sprężystość wełny powoduje bowiem, że dżersej utrzymuje swoją formę, nie wyciąga się i nie deformuje łatwo, a jej struktura i mocny, choć miękki „chwyt” pozwalają mu opływać ciało w elegancki i dyskretny sposób.

 

 

Dla ciekawych: Tkanina jest wyrobem włókienniczym, powstałym w wyniku przeplatania się pod kątem prostym dwóch układów nitek: podłużnych osnowy z poprzecznymi wątku. Dzianina to wyrób włókienniczy, w którym nitki tworzą wzajemnie przeplatające się oczka: w układzie podłużnym kolumienki, w poprzecznym rządki.

 

Dla nienasyconych: Mili moi, ktoś już się bardzo postarał i dokonał obszernego opisu tkanin i dzianin w Wikipedii. W sam raz dla żądnych wiedzy i dociekliwych.

 

 



Komentarze

  1. slazynek
    16 kwietnia 2013

    Moniko patrząć na fotki to czas dla Ciebie się zatrzymał :) a co do ciuchów to odkąd pamiętam byle jaki ciuch Cię nie zadowolił i zawsze miałaś klasę:)

    Odpowiedz
  2. lady-and-the-dress
    16 kwietnia 2013

    Jacutku kochany, ale się cieszę, że to właśnie Ty jesteś pierwszym odważnym! Słyszysz fanfary? To na Twoją cześć! Całuję i mocno ściskam za te piękne komplementy (i zaraz wysyłam długaśnego maila:).

    Odpowiedz
  3. Małgorzata TP
    23 kwietnia 2013

    Te sukienki są przepiękne, jak i Ty w nich :)Nie podzielam jedynie Twojego zmiłowania do kozaczków … mimo, że to obuwie praktyczne. Więc zimą przeważnie rezygnuję ze spódnic :(

    Odpowiedz
  4. lady-and-the-dress
    23 kwietnia 2013

    Czy ja mam dzisiaj urodziny? Taki deszcz miłych słów:)
    Jeśli ktoś ma takie nogi jak Ty Małgorzato, to może nosić, co mu się żywnie podoba. Nawet spodnie:)
    Bardzo mocno pozdrawiam.

    Odpowiedz
  5. lady-and-the-dress
    25 kwietnia 2013

    Ponieważ nie mam niestety ostatnio żadnych komentarzy, a wena mnie rozpiera, przemyśliwuję sobie od nowa to i owo.
    Zeby nie dręczyć ulubionych i bogu ducha winnych autorów przydługaśnymi uwagami (chętnie nie na temat), dopowiadam Małgorzacie i samej sobie, to, co mi się po głowie szwenda:
    a) kozaczki mogą być praktyczne, ale nie muszą. Moje nie są, powinny za to być śliczne. I sandałki też. Kozaczki i sandałki, stanowczo!
    Dlatego jasne jest, że w porach tak mniej więcej wczesno wiosenno – jesiennych nie mam w czym chodzić. Albo gorąco albo marzną mi stopy;
    b) sukienki przepiękne, właśnie tak.
    Ale jednak na temperatury powyżej 15 stopni za ciepłe. Zostają tylko chłodniejsze wieczory oraz… matko, przecież ja w ogóle nie mam się w co ubrać!

    Hmm… martwią się Państwo, że to jakieś symptomatyczne objawy? Proszę się nie przejmować, to nie jest zaraźliwe:).

    Odpowiedz

Dodaj komentarz