24 marca 2013 / Materiały / 2 komentarze

Aby stać się posiadaczką garderoby doskonałej muszę odświeżyć i uporządkować troszkę własną wiedzę. Hmm… od czego by tu zacząć? Może od początku? I od podstawowych elementów określających ubranie (tkaniny, kolory, formy, linie, style, detale) oraz jego zawartość (przede wszystkim rozmiary i proporcje). A potem, jakoś to wszystko trzeba będzie tylko ładnie wymieszać i modlić się o cudowny efekt końcowy.

 

Zacznijmy zatem od tego co lubię. I od tkanin.

Lekki jak piórko szyfon i mieniąca się, połyskliwa satyna; szlachetny kaszmir, lśniący aksamit i opalizująca mora; kraty, pepity oraz jodełki; haftowane koralikami i wyszywane perełkami cudowności. Zbieram je wszystkie namiętnie, podziwiam faktury, splot nitek, grę światła w załamaniach fałd, miękkość i połysk.

W zasadzie nieszkodliwe hobby, nadwyręża jednak odrobinę kieszeń, a także cierpliwość współmałżonka, który ma gorącą nadzieję, że kiedyś w końcu te cuda zamienią się w sukienki, płaszcze i inne praktyczne elementy odzienia. Nie wyprowadzam go z błędu, no bo jak wytłumaczyć mężczyźnie, że przy każdej próbie ogarnia mnie rozpacz, a ręka uzbrojona w nożyce drży jak szalona? Pociąć je i skroić?! Też pomysł!

 

 

Najbardzej na całym świecie kocham futra (fake fur naturalnie, bo wyrzuty sumienia nie dałyby mi spać), grube dżerseje, aplikacje, cekiny i błyskotki. Brzmi niezbyt elegancko i minimalistycznie?

 

 

Lubię czuć się otulona ubraniem. Schowana i bezpieczna. A tylko ona potrafi mnie ukoić i ogrzać: wełna czyli mistyka, metafizyka i cudowne właściwości. Pozyskiwana od zdrowych, żywych zwierząt zapewnia najwyższą jakość:

  • chroni przed zimnem i gorącem,
  • nawet wilgotna grzeje, nie wychładza,
  • naturalnie miękka i sprężysta, pięknie się układa,
  • nie gniecie się łatwo (ewentualne zagniecenia wygładzają się same pod wpływem własnego ciężaru),
  • nie ładuje się elektrostatycznie (nie klei się do reszty ubrania),
  • wbrew obiegowej opinii, łatwa w pielęgnacji (zapachy i brud nie „trzymają się“ wełny);

 

Jakby komuś było mało tych zalet dodam, że wełniane tkaniny nadają się na każdą porę roku:

  1. latem ostudzam spaloną słońcem skórę delikatnymi, przewiewnymi muślinami oraz chłodnym dotykiem „cool wool”;
  2. jesienią i zimą wtulam się w gęsto tkane, ciepłe dżerseje, miękkie flausze i welury z połyskliwym, gęstym włosem albo tradycyjne tweedy, wytwarzane z wielokolorowej przędzy;
  3. całorocznie preferuję pięknie układające się krepy i żorżety oraz lekkie, mięsiste flanele.

 

 

Proszę się przygotować. To jeszcze nie koniec wełnistych opowieści. Z pewnością znajdę wiele okazji, żeby pomęczyć Was szczegółami typu: rodzaje, pochodzenie czy pielęgnacja. Detalicznych fotek i obrazowych przykładów mojej ukochanej tkaniny też będzie dosyć.

W każdym razie osobom o słabych nerwach, które szybko męczą się czytaniem, raczej nie polecam.

 

 



Komentarze

  1. Anne
    6 sierpnia 2015

    Uwielbiam Twoje opisy tkanin i podobnie jak Ty uwielbiam welne! Stanowi ponad polowe mojej szafy, od jakiegos czasu praktycznie nie kupuje innych tkanin…. Kaszmir i welna merino to zdecydowanie moje faworytki. Ostatnio odkrywam alpake – baby alpaka z dodatkiem jedwabiu, cieniutka, cudo – az nauczylam sie robic na drutach, zeby posiadac cos z tej welny… Bede tu wracac, czekam na wiecej kaszmirowych postow i duuzo zdjec!

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      20 września 2015

      Z dużym opóźnieniem, ale mimo tego – miło mi Cię poznać Anno.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz