31 marca 2016 / Prosto z atelier / 38 komentarzy

„Krakowianka jedna miała chłopca z drewna…” Może miała, a może nie, ja w każdym razie miałam kilka pięknych, relaksujących dni w Krakowie. Pretekstem do krótkiego urlopu była wystawa Modna i już. Moda w PRL w Muzeum Narodowym, ale swój pobyt wykorzystałam jak na rasowego turystę przystało: Wawel, Rynek Główny, Fabryka Schindlera, spacery po Kazimierzu i dobre jedzenie.

 

Przywiozłam do domu trochę książek, kilka porcji pierogów oraz sporo wrażeń. Pierogi już zjedzone, książkami spokojnie się delektuję, a wrażenia – niepoukładane jeszcze kłębią mi się w głowie. Od czego tu zacząć?

 

Pocztówki z Krakowa: cuda architektury

Pocztówki z Krakowa: arkady Sukiennic

Rynek Główny o brzasku: podglądając przez arkady Sukiennic.

 

 

Pocztówki z Krakowa: katedra wawelska

Piękno detalu: dachy wawelskiej Katedry.

 

 

Pocztówki z Krakowa: pałac Pugetów

W środku miasta: neorenesansowy pałac Pugetów, a w nim kameralny (i dobrze ukryty) hotel. Doskonały serwis, nastrojowe wnętrza, świetne śniadania.

 

 

Pocztówki z Krakowa: hotel Pugetów

Kochanie, jestem gotowa! Kolejny punkt programu: Muzeum Narodowe i wystawa o modzie w PRL-u.

(Ach, szkoda, że nie widać dokładniej moich szałowych, zamszowych kozaczków za kolano.)

 

 

 

Pocztówki z Krakowa: cuda mody

Ręczna robota: ręcznie malowane milanowskie jedwabie, ręcznie przerabiane ciuchy z zagranicznych paczek, ręcznie dziergane dzianiny… Wystawa Modna i już. Moda w PRL* w krakowskim Muzeum Narodowym to cud, miód i rękodzieło.

 

Pocztówki z Krakowa: wystawa, suknia z tafty

Pięknie wykończona taftowa suknia z lat 60-tych XX w. Z bolerkiem. Mogłabym ją nosić również dzisiaj.

 

 

Pocztówki z Krakowa: wystawa, hafty

I znowu bolerko. I znowu dla mnie! I to, co zaraz po aplikacjach lubię najbardziej: hafty.

 

 

Pocztówki z Krakowa: wystawa, Moda Polska

Nostalgia: w latach dziewięćdziesiątych byłam studentką, więc mogłam tylko podziwiać i wzdychać z nosem przyklejonym do szyby salonu Mody Polskiej.

 

 

*Wystawa Modna i już. Moda w PRL potrwa do 17 kwietnia br. Jeżeli będziesz miała okazję ją zobaczyć, nie wahaj się ani chwili. Więcej informacji na temat samej ekspozycji oraz akcji i wydarzeń towarzyszących, znajdziesz na stronie muzeum.

 

 

A jak się nosi ulica?

Pocztówki z Krakowa: ulica

Podstawowy rynsztunek turysty, czyli gruba kurta i wygodne buty. Przeważa czerń, granat i różne odcienie khaki. Kolor? Jeśli już, to róż!

 

 

 

Pocztówki z Krakowa: cuda niewidy

Dobre smaki

Mhmmm… coś pysznego do zjedzenia? Restauracje: Miód Malina niedaleko Rynku Głównego (o której przeczytałam w krakowskim przewodniku Joanny ze Styledigger) oraz Introligatornia Smaku na Kazimierzu. Co tu opowiadać… tu trzeba zjeść.

 

 

Głodne kawałki

Pocztówki z Krakowa: jak zrobić turystę w konia

 

Na jednym ze stoisk w Sukiennicach, oglądałam chusty za 225 zł. Podobno ręcznie haftowane. Piszę „podobno”, ponieważ fragment mojej rozmowy z handlarką wyglądał tak:

Ja (uprzejmie, ale dociekliwie): – Jaka jest różnica między tymi chustami, a tymi za 45 zł?

Pani sprzedająca (burkliwie): – Droższe są. Haftowane.

Ja (cierpliwie, nie tracąc nadziei na dobry zakup): – To widzę. Podoba mi się czarna. Z jakiego materiału jest wykonana?

Pani (jeszcze bardziej burkliwie): – Z żorżet.

Ja (zaczyna mi już świtać, że z zakupów nici, ale całkiem dobrze się bawię): – Żorżet? Nie ma takiej tkaniny. To jest bawełna, wełna czy jeszcze coś innego? Może mi ją pani pokazać?

Pani (burkliwie, niechętnie i z ociąganiem, wypakowując chustę z foliowego opakowania): Bawełna. To jest ręcznie haftowana bawełna.

„Jak to jest bawełna, to ja jestem… dający się robić w konia turysta” myślę sobie miętosząc w ręku trójkątny kawałek tkaniny. A w to, że komuś chce albo opłaca się ręcznie haftować ordynarną poliestrową krepę, to ja nie wierzę.

 

 

Nie zdążyłam:

  • spróbować krakowskich obwarzanków,
  • polatać po sklepach,
  • zamówić świątecznego makowca,
  • najeść się do syta oscypków,
  • kupić góralskich bamboszy,
  • ponosić zabranych w podróż sukienek,
  • wpaść do Ziai po nowe zapasy mydła do rąk „Grapefruit z zieloną miętą”,
  • zobaczyć Muzeum Podziemi Rynku, Ogrodu Muzeum Archeologicznego, Nowego Cmentarza Żydowskiego…

To wszystko mam w planach następnym razem.

Co byście dopisały do mojej listy To trzeba przeżyć, zobaczyć i spróbować w Krakowie? (Najmilsze, weźcie pod uwagę, że najbardziej to ja lubię jeść albo włóczyć się po pięknych zakątkach i tak po prostu się gapić :-)

 

 

 



Komentarze

  1. olamari
    1 kwietnia 2016

    No nie zdążyłaś się ze mną ZOBACZYĆ!
    Następnym razem….?
    Znam jeszcze inne smaczne miejsca, znam jeszcze inne zakątki do oglądania, znam jeszcze inne trasy do pokonania… A Ciebie nie znam – no, osobiście – bo zarys już mam! 😍

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      1 kwietnia 2016

      Kurczę, no nie zdążyłam. Wszystko jeszcze przed nami :-)
      Ale zarys (i to dokładny, patrząc krawieckim okiem) faktycznie musisz już mieć. Gadam tu do Was i z Wami już od paru ładnych lat, czasem nawet i fotkę dorzucę. Pewnie… autokreacja, ale przecież nie dałoby się udawać kogoś innego dłużej niż przez krótki czas. Hmm… dało?

      P.S. Hej, jak Twoje blogowe zmagania? Pełną parą? Bo przecież cały czas trzymam kciuki!

      Odpowiedz
      • olamari
        1 kwietnia 2016

        Może puść na razie, bo wolne ręce na wiosnę się przydadzą!😉 Niestety musiałam odpuścić na razie, bo namnożyło się dodatkowych obowiązków, ale właśnie wracam do tej kwestii. Miło, że pamiętasz 😍
        A ja dopiero wczoraj natknęłam się na Twoją fantastyczną spódnicę kopertową – za pozwoleniem – chętnie skorzystam z tego epokowego odkrycia! Najserdeczniej Pozdrawiam!

        Odpowiedz
        • Monika Frese
          2 kwietnia 2016

          Przydadzą :-) Piękny, słoneczny weekend, a tu wiosenne porządki w planie!

          Fajna ta kopertówka, prawda? Prosta do skrojenia, efektowna, naprawdę wygodna i do tego nic a nic się nie starzeje – za 10 lat będzie wyglądać tak samo uroczo. Jeśli wolisz gotowy wykrój, w starych numerach Burdy (tych naprawdę starszych, z lat 90-tych i początków 2000 r.) na pewno widziałam kiedyś świetne modele z podwyższoną talią i zaznaczonymi biodrami. Jasne, że pozwalam :-)

          Odpowiedz
  2. Olga
    1 kwietnia 2016

    O! Jak ja się cieszę, że Pani tu była! I że zobaczyła Pani wystawę, jest naprawdę świetna! Też byłam – i się zachwycałam, a że nie mam takiej wiedzy na temat wykończenia i jakości, to się zachwycałam głownie fasonami i pomysłowością :).

    Szkoda, że nie udało się Pani zjeść obwarzanka, następnym razem proszę koniecznie kupić! I proszę się nie zrażać jeśli pierwszy nie będzie smaczny… ostatnio niestety trudniej kupić naprawdę dobre obwarzanki, ale jest to możliwe… trzeba tylko szukać tego najlepszego ;).

    Warto zjeść w Krakowie kumpira i zapiekankę na Kazimierzu (kumpir z Placu Judah, zapiekanka – wiadomo, z Okrąglaka!), choć to mało elegancka sprawa. Warto też spróbować lodów Katane ze Sławkowskiej, przeróżne pyszne smaki. Albo, tradycyjnie, tych ze Starowiślnej. Poza tym jest kilka fajnych burgerowni – między innymi Well Done! na Kazimierzu.

    Było dla ciała, to teraz dla ducha – kamienica Szołayskich zawsze mnie zachwyca, teraz też jest tam bardzo interesująca wystawa, polecam rzucić okiem. Nie wiem, kiedy będzie się Pani znowu wybierać do Krakowa, ale tam warto pójść bez względu na czas. Dom Mehoffera też jest bardzo pięknym miejscem! I Dom Jana Matejki, szczególnie rozgwieżdżony sufit w jednym z pomieszczeń. I Stara Synagoga! A w Podgórzu jest piękny kościół – kościół św. Józefa, mój ulubiony w całym mieście. Bona to bardzo miła księgarnio-kawiarnia przy Magdalence, sprzedają wiele pięknie wydanych książek, zarówno dla starszych jak i młodszych odbiorców. Poza tym polecam Ogród Botaniczny, piękne miejsce. I Zakrzówek. I Las Wolski.

    Kraków jest moim miastem rodzinnym, bardzo kocham to miejsce. Może coś jeszcze wpadnie mi do głowy… to dopiszę… :)

    Pozdrowienia wieczorową porą!

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      1 kwietnia 2016

      Chciałabym w czerwcu znowu wpaść na kilka dni do Krakowa. To dobry okres i na kręcenie się po okolicy (Mehoffer? To przecież moja ulubiona secesja!), i na lody (o tych ze Starowiślnej słyszałam legendy, ale w marcu było jeszcze na nie za wcześnie), i na pałaszowanie na świeżym powietrzu (musiałam sprawdzić tego kumpira… elegancko czy nie – pieczony ziemniak, mniam :-) Odrobinkę przeraża mnie myśl o galopujących w tę i z powrotem wycieczkach, ale mam nadzieję, że zgrupowani turyści kręcą się głównie w miejscach, które już odhaczyłam.

      Z Twojego komentarza Olgo, przebija bezpretensjonalny zachwyt ukochanym miastem. Zaraźliwy! Ja również się cieszę – byłam, widziałam, próbowałam… i mam niedosyt. Wszystko sobie zanotowałam :-)
      Dziękuję i proszę: dopisuj!

      Odpowiedz
  3. rawita
    1 kwietnia 2016

    Moniko odwiedziłaś moje miejsce na ziemi :) Mieszkam tu od dwudziestu lat (od kiedy wyfrunęłam spod skrzydeł rodziców) i chociaż zdarzały mi się różne długie pobyty w innych pięknych, europejskich miejscach, wiem, że nie wyprowadzę się stąd nigdy. Na wystawie o modzie w PRL byłam dwa razy. Za pierwszym razem byłam zaskoczona inwencją i fantazją polskich projektantów (ach te jedwabie, moda cepelii, sukienki Maryli Rodowicz). Pamiętam czasy PRL z dzieciństwa i wiem, jak moda wyglądała dla zwykłego człowieka – bieda z nędzą. Drugi raz poszłam na wystawę po przeczytaniu książki “To nie są moje wielbłądy” i wtedy wszystko stało się dla mnie jasne. Czytałaś?

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      1 kwietnia 2016

      Czytałam. “Caryca polskiej mody, święci i grzesznicy” oraz katalog z wystawy Modna i już! dopełniają legendy o naszej kozackiej fantazji. Też bym się przeszła chętnie raz jeszcze. Masz rację, jeden raz to za mało. Dopiero za kolejnym – obejrzanym, przeczytanym, posmakowanym… – rozjaśnia się i utrwala w głowie jakiś sensowny obraz.
      Ja również znam wiele różnych miejsc (mieszkałam w Łodzi i w Warszawie, na Mazurach czuję się jak w domu, mam swoje ulubione ścieżki w Paryżu i w Hamburgu… ) ale ciągle nie mam wrażenia, że gdzieś należę na zawsze. Kraków zachwyca, więc dlaczego nie? Szczęśliwa, Ty jedna Ty :-)

      Odpowiedz
  4. Weronika
    1 kwietnia 2016

    Zazdroszczę wystawy Mody Polskiej. Aż mnie skręca. Ale przynajmniej zdjęcia były :-) Oj, coś czuję, że będę męża męczyć o wyjazd do Krakowa. Ja też chcę, ja też!

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      1 kwietnia 2016

      No pewnie! Z Warszawy do Krakowa są niecałe 3 godziny pociągiem. Podczas jednodniowej eskapady byłby czas i na wystawę, i na pogapienie się, i na coś dobrego do zjedzenia :-)

      P.S. Myślę sobie nawet, że na krótki wypad przejazd samochodem w ogóle się nie opłaca. Nie tylko jakieś straszne korki na trasie (5 godzin w jedną stronę to pewnie minimum), ale w Krakowie wszystko, łącznie z dworcem, leży w samym centrum. Najwygodniej jest po prostu pieszo albo tramwajem.

      Odpowiedz
      • Weronika
        3 kwietnia 2016

        Moniko, ja nie jestem z Warszawy tylko z Bełchatowa, woj. łódzkie. A to znaczy, że do Krakowa mam znacznie bliżej :-) Hmm, mówiłam kiedyś, że mieszkam w Warszawie?

        Odpowiedz
        • Monika Frese
          4 kwietnia 2016

          To chyba przez naszą pogawędkę o rękawiczkach: masz parę z pracowni mistrza Kowalskiego – pracownia jest w Warszawie – w głowie, klik! Warszawa! Klasyczny przykład stereotypowego myślenia :-)
          Ale łatwo sobie zapamiętam, bo ja przecież Łodzianka. No i skoro bliżej… nie masz żadnych wymówek!

          Odpowiedz
  5. Bożena
    1 kwietnia 2016

    Pani Moniko, proponuję zajrzeć na 6 piętro Akademii Muzycznej (ul. Św. Tomasza, w pobliżu Rynku). Znajduję się tam bar mleczny dla studentów Akademii (dostępny także dla turystów), a jednocześnie cudowny taras z widokiem na panoramę Krakowa, gdzie czasem nawet widać Tatry, gdy pogoda dopisuje.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      1 kwietnia 2016

      Za-no-to-wa-ne!
      Bar mleczny i cudna panorama z Tatrami w tle? To brzmi jak fascynująca ekstrawagancja… stanowczo jestem na tak :-)

      Odpowiedz
  6. Agnieszka
    1 kwietnia 2016

    Pani Moniko, spotkać się z krakowskimi czytelniczkami Pani nie zdążyła! Ach, jaką szykowną grupę byśmy tworzyły ;)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      1 kwietnia 2016

      Ech, naprawdę! Tylko… Agnieszko, widziała Pani w czym ja biegałam po krakowskich ulicach? W zielonej katanie i bamboszach! Nie mogłabym się Wam tak na oczy pokazać :-)

      P.S. Widziałaś wystawę? I co? I jak? (Pytam, ale jestem pewna, że tak. W końcu “wielbłądy” przeczytałam przez Ciebie :-)

      Odpowiedz
      • Agnieszka
        8 kwietnia 2016

        Oj, myślę, że jednak się Pani odróżnia od ulicy uwiecznionej na zdjęciu ;)

        Niestety wystawy nie udało mi się zobaczyć, moja praca pokrywa się z jej godzinami otwarcia… Ale zbiera bardzo pozytywne opinie wśród moich znajomych, więc tym bardziej żałuję. A mówiąc jeszcze o książkach, pozwolę sobie na mały “spam”: na początku czerwca szykuje nam się premiera biografii Chanel (nie pierwsza to i nie ostatnia) z ilustracjami samego Lagerfelda :)

        Odpowiedz
        • Monika Frese
          10 kwietnia 2016

          Nikt chyba nie doczekał się tylu “studiów przypadku” co Coco, ale z ilustracjami Karla, to będzie prawdziwa gratka dla miłośników Chanel. Proszę śmiało spamować takimi ciekawymi tytułami :-)

          Odpowiedz
  7. Agnieszka M.
    1 kwietnia 2016

    Kraków jest absolutnie cudny. Jadę w przyszłym tygodniu, na jeden dzień. Dzięki za relację. W Miód malina była kiedyś. Podziemne muzeum koniecznie odwiedź.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      1 kwietnia 2016

      Jeden dzień również wystarczy, żeby naładować akumulatory i nasycić zmysły. Kraków nadaje się do tego bezwarunkowo.
      Smakowało Ci w Miód Malinie? Mnie bardzo. I obsługa była doskonała, czego nie można niestety powiedzieć o wszystkich renomowanych restauracjach.

      P.S. Wielkie dzięki, nie tylko za “podziemną” rekomendację. Wyłowiłam też “podziemnego” byka :-)

      Odpowiedz
      • Agnieszka M
        4 kwietnia 2016

        Nie pamiętam, co jadłam w Miód malina, ale wspominam miło. Mam do Krakowa tylko 100 km, więc da się na jeden dzień wyskoczyć, tyle że po drodze mam parę spraw służbowych, więc nie wiem ile czasu na przyjemności krakowskie zostanie. Ale na pewno Wawel zobaczę, bo będę tam przechodzić.

        Odpowiedz
        • Monika Frese
          4 kwietnia 2016

          Rzut beretem…Pozdrawiam i życzę, żeby między służbowymi obowiązkami udało Ci się wygospodarować kilka spokojnych, relaksujących momentów.

          Odpowiedz
          • Agnieszka M.
            7 kwietnia 2016

            Jadłam obiad na polecanym przez p. Bożenę tarasie w barze Akademii Muzycznej. Wnętrze lokalu takie sobie, ale widok faktycznie super. Kościół Mariacki, Wawel, kościół Dominikanów, Kopiec Kościuszki.
            Na Sławkowskiej są dwie lodziarnie – lody włoskie i własnej produkcji. O którą chodzi? Było mi za zimno na lody, więc nie próbowałam.

  8. Barbara
    2 kwietnia 2016

    Żałuję, że nie wiedziałam o wystawie w MN w Krakowie. Kocham Kraków i bywam w nim kilka razy w roku. Niestety, nie zdążę obejrzeć wystawy, bo jest tylko do 17 kwietnia, a ja 5 kwietnia lecę do Londynu i wracam dopiero pod koniec miesiąca. Na pocieszenie odwiedzę tam małżonków Arnolfinich, zawsze czekających na turystów w przepiępięknych ubraniach w National Gallery /kobaltowa suknia z aksamitu – cudo namalowane przez Jana van Eycka /.
    W Krakowie polecam według mnie najlepszą w tym mieście restaurację Pod Baranem przy ul. św. Gertrudy. Ich kaczka nie ma sobie równej na całym świecie. W Tajlandii, która słynie z doskonałej kuchni, kaczka /jadłam ja w Bangkoku w dobrej restauracji/ była mniej smaczna,
    Świetne jedzenie hinduskie, wegetariańskie /także bezglutenowe/ serwują w Momo przy ul Dietla, oraz w Karmie przy Krupniczej. Jestem alergikiem stąd moje zainteresowanie knajpkami wege i bezgluten, choć jem też mięso /mało/.
    Moniko, gratuluję znakomitego bloga, na którego trafiłam przypadkiem kilka tygodni temu. Należy już do moich ulubionych.
    Pozdrawiam serdecznie.
    Basia

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      2 kwietnia 2016

      A ja żałuję, że nie mogę uczestniczyć w żadnym z wydarzeń towarzyszących (o, właśnie widzę, że wykład z Barbarą Hoff został odwołany. Szkoda, już sam tytuł Dlaczego nie cierpię mody był bardzo obiecujący). Pocieszam się katalogiem z wystawy, chociaż przyznam, że na spotkanie z małżonkami Arnolfini rzuciłabym wszystko, natychmiast i bez wahania!
      Niezła rekomendacja kaczki… tak, również dla wegetarianki z ponad 20-letnim stażem :-) Nauczyłam się już, że w dobrej restauracji specjalizującej się w pysznościach tradycyjnej kuchni, na pewno dostanę przepyszną kapustę albo buraczki przygotowane na różne sposoby, albo wyborne pierogi, albo… Pod Baranem – ale i Momo, i Karma – wędruje więc na listę “Do spróbowania”.

      Dziękuję Basiu za ciepłe słowa i za smakowite polecenia.
      Życzę wspaniałych londyńskich wrażeń (I`m sorry, I could not resist: no cobalt, fresh green).

      Odpowiedz
  9. Agnieszka
    2 kwietnia 2016

    Donoszę uprzejmie, że Milanówek żyje i nawet ma sklep internetowy. A w nim niektóre nawet całkiem fajne ciuchy i oczywiście jedwabne chusty. Polecam również koniakowskie koronki – sklep on-line jest jak najbardziej dostępny :)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      4 kwietnia 2016

      O Milanówku wszystko już wiemy, bo przerabiałaśmy go przy okazji jedwabnej halki. A koniakowskie koronki? Na pierwszy rzut oka bardzo frywolne… utknęłam wczoraj wieczorem po uszy :-)

      Odpowiedz
  10. Irensa
    3 kwietnia 2016

    W Krakowie będę przejazdem 18 kwietnia prawie dobę. Niestety już tuż po wystawie! Ale chyba zdążę zajrzeć na 6 piętro Akademii Muzycznej by nacieszyć się panoramą Krakowa. No i ten bar mleczny! Dawnych wspomnień czar…

    Odpowiedz
  11. @nia
    5 kwietnia 2016

    Witam Pani Moniko z moim pierwszym komentarzem – Kraków uwielbiam i zawsze, kiedy pada pytanie “Kraków czy Warszawa?” – popieram pierwsze.
    Polecam “Zaułek Niewiernego Tomasza” – polecam wygooglować, urocze miejsce na leniwe śniadanie, gdzie ceny nie zabijają na dzień dobry.
    Kolejka jest też za lodami na Sławkowskiej – próbowałam, polecam, o ile lodziarnia jeszcze istnieje (byłam tam ze 4 lata temu).
    Jak wrażenia z Fabryki Schindlera?
    Pozdrawiam gorąco i dziękuję za pracę, jaką Pani wkłada w tworzenie tej strony.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      5 kwietnia 2016

      Fabryka Schindlera… mrocznie, przejmująco i… ciasno. Bardzo dużo informacji związanych z okupacyjną historią Krakowa, a nie (jak się chyba spodziewałam) z życiem samego Oskara Schindlera – eleganckiego bywalca i utracjusza, który trochę przypadkiem i jakby wbrew dotychczasowemu życiu, stał się bohaterem. Oczywiście, ekspozycja w muzeum nosi nazwę, która dużo wyjaśnia Kraków – czas okupacji 1939-1945.
      Byłam odrobinę przytłoczona nadmiarem informacji, ale przede wszystkim zdziwiona poważnym… przeoczeniem? – wystawa dotyczy fragmentu historii polsko – żydowsko – niemieckiej, a jest opowiedziana tylko w dwóch językach, polskim i angielskim.

      Aniu, to ja ślicznie Pani dziękuję za nowe “pyszne” krakowskie adresy. I za serdeczności! Ech, rozleniwiłam się na urlopie i taki dopingujący zastrzyk dobrej energii bardzo mi się teraz przyda :-)

      Odpowiedz
  12. @nia
    6 kwietnia 2016

    Pamiętam tę ciasnotę. Ale “Rotundę dla uratowanych” i drogę do niej prowadzącą (na pewno Pani wie, co mam na myśli) zapamiętam do końca życia, przejmująca. Pozdrawiam!

    Odpowiedz
  13. Aga
    13 kwietnia 2016

    Kraków, piękne miasto, byłam tam już dwa razy, ale całe wieki temu i nic nie pamiętam. Chciałabym pojechać latem na 3 dniową wycieczkę, wiec chętnie skorzystam z Twoich propozycji. Na wystawę już się nie załapię, a szkoda, bo wygląda interesująco – piękne są te modele, takie naprawdę dla Lady. Niestety w dzisiejszych czasach rzadko kiedy można takie cudeńka dostać (w dobie wszechobecnego poliestru – brrrrr). Albo postaje nam uszyć sobie coś samemu, albo znać super krawcową – a to już graniczy z cudem!
    Pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      13 kwietnia 2016

      Naprawdę. Załamałam się ostatecznie, przeszukując wiosenne kolekcje polskich domów mody. Byłam pewna, że znajdę kilka prawdziwych olśnień, (nasze! Nasze! Polskie!), ale szukam, szukam i… nic. No owszem, zdarzają się śliczności, ale wszystkie bez wyjątku plastikowe.

      Spróbuj koniecznie polecanych przez Olgę lodów, a potem zajrzyj do baru mlecznego Akademii Muzycznej, o którym pisze Bożena (dostałam od dwóch dziewczyn kilka fotek zrobionionych właśnie tam, z widokiem na panoramę Krakowa i mówię Ci, jest na co popatrzeć :-)

      Odpowiedz
  14. Paulina
    21 kwietnia 2016

    Pani bloga znalazła przypadkowo, szukając dobrych jakościowo koszul. Przepadłam. Fantastyczne miejsce – w bardzo przystępny sposób podane podstawy, na które warto zwracać uwagę, jeśli chce się dobrze ubrać.

    p.s. Muzeum Podziemi Rynku jest naprawdę ciekawe i koniecznie trzeba je odwiedzić. Wszystkim zawsze polecam, odkąd po całym dniu zwiedzania Krakowa przy czterdziestostopniowym upale tam weszłam i z wrażenia odzyskałam wszystkie siły. Warto wcześniej zarezerwować godzinę zwiedzania przez internet.

    Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      21 kwietnia 2016

      O! To właśnie coś dla mnie. Wybieram się do Krakowa latem, więc porada pt. “Jak odzyskać siły po zwiedzaniu miasta w 40-stopniowym upale?” jest jak dla mnie na miarę skrojona.

      Bardzo się cieszę, że Pani do mnie trafiła, Paulino :-)

      Odpowiedz
  15. Kate
    13 stycznia 2017

    Witaj Moniko,
    Kraków jest cudownym miastem, moim ulubionym w Polsce i ma mnóstwo do zaoferowania.
    Zjeść wart na pewno, dla odmiany, w Chaczapuri – ul. Grodzka 3, a coś dobrego wypić w Manufakturze Czekolady ;)
    Sukienkę założyć do Teatru-Scena STU – na prawdę warto!
    A Kraków zobaczyć z trochę innej perspektywy z Kopca Krakusa.
    Jeśli pozostanie trochę czasu to koniecznie wybrać się do Zamku Korzkiew, piękne miejsce – zaledwie pół godziny drogi od Krakowa, można tam także świetnie zjeść.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      17 stycznia 2017

      Czyli następnym razem pakuję sukienkę i rezerwuję bilety w STU. Marzy mi się również nocleg w zamkowych komnatach…o! Widzę, że zamek Korzkiew i pałac Pugetów mają tego samego właściciela – czyli udany pobyt i smaczne jedzenie gwarantowane! Dziękuję Kate :-)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz