29 października 2014 / Prosto z atelier / 13 komentarzy

Problem jest stary jak świat: dlaczego mężczyzna może jednym garniturem ogrywać wszystkie prywatnie-zawodowe sytuacje, natomiast kobieta, która w jednej i tej samej, ulubionej małej czarnej pojawia się na kolejnych imprezach, podejrzewana jest o brak wyobraźni i nieznajomość modowych reguł?

 

Prolog

ON. Dzień w dzień, przez 5 dni tygodnia pojawia się w biurze w tym samym, ciemnoszarym garniturze z doskonałej wełny, uzupełnianym – starannie dobieranymi i zmieniającymi się codziennie – koszulami, krawatami oraz poszetkami, zarabiając sobie tym samym na miano “stylowego faceta z klasą. Kropka”.

ONA. Dzień w dzień, przez 5 dni tygodnia pojawia się w biurze w tym samym, antracytowym kostiumie z doskonałej wełny, uzupełnianym – starannie dobieranymi i zmieniającymi się codziennie – bluzkami, apaszkami, pantoflami oraz wysmakowaną biżuterią. Wszystko, na co może liczyć w opinii swoich współpracowników, to: “elegancka babka, ale… czy ona ma w szafie tylko jeden kostium?!”

 

Rzecz nie dotyczy tylko biura i stosunków zawodowych. Z podobnym fenomenem mamy do czynienia zawsze tam, gdzie bez względu na sytuację i otoczenie, regularnie spotykają się te same osoby. Wyobraźmy sobie na przykład sylwestrowy bal, na którym od lat świętuje zaprzyjaźnione grono znajomych:

Podczas kiedy ONA, po raz kolejny z rzędu ubrana w tę samą, pięknie podkreślającą figurę i stosowną do okoliczności suknię, wywołuje zazdrosne zdziwione zdumienie zebranych pań “… znowu ubrała się w to samo? Czy ona nie ma co na siebie włożyć?!”,

ON – czyli jej mąż – w tym samym co zawsze, smolistym smokingu z obowiązkową (oczywiście, tą samą co roku) muchą, ze stoickim spokojem przyjmuje należne mu komplementy.

 

Ekhm… kochanie, dobrze się bawisz? Przecież wszystko jest w porządku, prawda?

Oczywiście skarbie. Równouprawnienie i wolność wyboru? Codzienna praktyka pokazuje, że społeczna tolerancja – a rozmawiamy dzisiaj wyłącznie o ubraniu :-) – funkcjonuje zupełnie różnie w zależności od… płci. Owszem, chętnie przyznajemy punkty za dobry wygląd, tyle że to, co w powszechnej świadomości uchodzi mężczyźnie, nie ma żadnego zastosowania w przypadku płci pięknej.

 

Nasz problem nasila się gwałtownie, jeśli mamy skłonność do fantazyjnych krojów, wymyślnych wzorów albo soczystych kolorów.

O ile neutralne w formie i pozbawione wymyślnych detali ubranie – powiedzmy, jednorzędowy żakiet o klasycznym kroju – z pewnością łatwiej jest zharmonizować z pozostałymi elementami szafy, za każdym razem nadając mu odmienny charakter i unikając efektu “powtarzalności”, o tyle ekstrawagancki, niekonwencjonalny albo “krzyczący z daleka” strój – załóżmy, egzotyczna sukienka z oryginalnym ornamentem –  głęboko zapada w pamięć, uniemożliwiając powtórne wywołanie wrażenia “pierwszego razu”.

No właśnie. Aż prosi się refleksja, że chcemy czy nie, jesteśmy skazane na ogromną szafę wypełnioną po brzegi ciuchami.

 

Epilog

Sprawa jest mi bliska, ponieważ sama nie rozstaję się z dwoma ulubionymi spódnicami, którymi mogłabym obsłużyć 365 dni roku.

…no? Więc co ma zrobić dziewczyna, której marzy się stylowa szafa składająca się z nie więcej niż pięciu elementów? Albo wręcz przeciwnie ta, która lubi zaszaleć wzorzyście i kolorowo?

Pewnie to samo co zawsze, czyli słuchać podszeptów własnej intuicji, podpatrywać mistrzów, nie przejmować się i robić swoje. Mam więcej niż przeczucie, że konsekwencja połączona z pewną swego niezależnością, wiodą prostą drogą do uniezależnienia się od wszechobecnej stylistycznej cenzury, co przekłada się na zyskanie opinii osoby mającej indywidualny rys, wyróżniającą sygnaturę, swój własny, charakterystyczny styl.

Nie wiem jak Ciebie, ale mnie taka etykieta zadowala pod każdym względem :-)

 

sygnatura_a

Charakterystyczny rys? Czarno, midi i ze śladem połysku, czyli ukochana spódnica w roli głównej. Cała prawda brzmi tak: myślcie sobie co chcecie, ale jeśli nie mam jej na sobie, pojęcie “udany wieczór” traci dla mnie sens.

 

 

 

P.S.

No tak… tak w ogóle, to dzisiaj miało być coś całkiem innego, ale tak jakoś wzięło mnie i naszło.

Zostawiam Cię z własnymi przemyśleniami do następnego razu… a następnym razem będzie wzorzyście. Dobranoc, Miła.

 

 



Komentarze

  1. Monika
    30 października 2014

    Świetnie się składa, że właśnie tak postrzegana jest damska garderoba. Dzięki temu MUSZĘ co jakiś czas kupić/uszyć sobie coś nowego, bo przecież CO LUDZIE POWIEDZĄ? Nikt nie może z tym dyskutować – nowa sukienka raz na jakiś czas to po prostu norma społeczna :D

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      30 października 2014

      Święta racja. Gdyby nie te złe języki, sama chodziłabym w szlafroku od rana do wieczora!
      Ale nie kupić, nie uszyć, tylko… wydziergać. Dla jeszcze kilku robionych na drutach śliczności, mogłabym nawet przymknąć oko, jeśli chodzi o idealną liczbę 5 :-)

      Odpowiedz
      • Monika
        30 października 2014

        Niestety, jeśli chodzi o dzianinę moja samodyscyplina i hart ducha idą się wypasać na hale… Jestem nałogową producentką swetrów, chust, czapek, szali, sukienek. Na włóczki (tylko najlepsze i najdroższe) wydaję majątek. Przybyłam czytać ten blog w nadziei na odwyk, a tu takie prowokacje… Na domiar złego wyciągnęłam maszynę i zaczęłam łakomym wzrokiem spoglądać na wystawy sklepów z materiałami i tak dodałam jedno nieszczęście do drugiego. Pozostaje mieć nadzieję, że na oba te kosztowne hobby nie będę miała jednak czasu.
        Ale poważnie mówiąc, moje zamiłowanie do ręcznie robionych działań nie powoduje obniżenia jakości posiadanej garderoby. Powoduje natomiast obniżenie salda na koncie :)

        Odpowiedz
        • Monika Frese
          30 października 2014

          Aaa… jeśli chodzi o minusy na koncie spowodowane rękodzielniczymi nałogami, to nie można było trafić lepiej :-)
          No i bardzo pechowo się składa: towarzystwo na blogu jest rozpuszczone i przyzwyczajone do pierwszorzędnej jakości, więc o żadnych odwykach mowy być nie może! Cześć, miło mi Cię poznać imienniczko :-)

          P.S. “Rękodzieło” jest rozwinięciem tematu, o którym rozmawiamy i jednocześnie… wyznaniem miłości. Mam wrażenie, że będzie niezłe na początek.

          Odpowiedz
          • Monika
            30 października 2014

            Czytałam ten wpis. Zresztą odkąd niedawno znalazłam Twój blog, przeczytałam już chyba wszystkie archiwalne posty i stwierdziłam, że znajdę tu zrozumienie dla swoich problemów. Konkretnie dla tych związanych z faktem, że nie mogę zaakceptować oferty sklepów odzieżowych :)

  2. Maria
    30 października 2014

    Jestem zwolenniczka posiadanie mniejszej ilosci garderoby i stawiania na jakosc ubran. Nie przeszkadza mi zupelnie to, ze pojawiam sie w tym samym stroju, bo rzeczywiscie za pomoca dodatkow mozna zmienic wyglad. Ktos kto ma bardzo duzo ubran nie wydaje mi sie, ze jest ubrany tylko “przebrany”. Konsekwencja w ubiorze okresla nasz styl i czesciowo mozna odczytac jakie jestemy.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      30 października 2014

      I znowu tak ładnie się zgadzamy Mario. Jednak, jeśli chodzi o czytanie… chyba nawet więcej niż częściowo :-)
      Ciepło pozdrawiam

      Odpowiedz
  3. Magda
    31 października 2014

    Wezmę jako przykład dwie moje znajome. Jedna, nazwijmy ją K. codziennie pojawia się w innych ciuchach, butach, kurtkach, nie są to rzeczy jakiejś wybitnej jakości, a często są wątpliwej urody, czasem krzyczy kolorami, wzorami, a jest i druga znajoma: D. Odkąd ją znam, widuję ją właściwie tylko w czerni, bieli, granacie, kolory jako dodatek, czasem bluzka, proste formy, dopasowane, dobrane starannie i mimo tego, że wygląda z pozoru stale tak samo i często nosi te same rzeczy, uważam, ze jest osobą bardzo dobrze ubraną, a ta prostota stylu w pewien sposób ją dookreśla, uzupełnia. O tej pierwszej nie da się tego powiedzieć.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      31 października 2014

      Z pewnością nie.
      Dziękuję, za to bardzo ładne – i bardzo obrazowe – podsumowanie naszych rozważań. Zastanawiam się właśnie czy to możliwe, że mamy wspólną znajomą? Dominikę :-)

      Odpowiedz
  4. Magda
    1 listopada 2014

    Nie, nie jest to Dominika :)
    Ale przyznam, ze dążę do podobnej prostoty i czasem słyszę miły komplement. Dla mnie większym komplementem jest: ale ładnie wyglądasz, niż np. masz fajną bluzkę, albo wow, jakie buty.
    Bo ten pierwszy komplement mówi o całości :)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      1 listopada 2014

      O całości, o stylu, o niepowtarzalności. I dlatego rutynowy komplement w typie “masz fajną bluzkę” brzmi bardzo podejrzanie, coś w rodzaju “jak na ciebie, to ta bluzeczka jest całkiem, całkiem”.

      P.S. Czy nie składa się fajnie? Monika – Maria – Magda. Tak mi się zawsze wydawało, że dziewczymy na M, umieją się ubrać :-)

      Odpowiedz
  5. Małgosia
    1 listopada 2014

    A Małgorzata? Małgorzaty też umieją się ubrać! Słowo honoru!

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      1 listopada 2014

      Oczywiście :-)
      I Małgorzaty też! Jak mogłabym polemizować z takim słowem humoru?

      Odpowiedz

Dodaj komentarz