Czyli krótka lekcja poglądowa pod tytułem: „Jak nieodpowiednim ubraniem zepsuć sobie figurę i… humor“.

Ta sama dziewczyna i ten sam ukochany kolor. Dwie całkiem różne sukienki i dwa całkiem inne efekty końcowe. Naoczny i dosadny przykład na to, że nie warto wbrew własnym sympatiom i osobistym warunkom zewnętrznym, ulegać masowym trendom.

 

Analiza zdjęcia nr. 1

 

  1. zbyt wysoko zaczynające się zaszewki (idealnie byłoby dokładnie w najwyższym punkcie biustu) powodują tworzenie się fałd na dekolcie oraz optyczne „opadanie” biustu w kierunku talii – uj, bardzo niekorzystne zjawisko, szczególnie dobrze widoczne w przypadku odrobinę większych rozmiarów;
  2. baskinka, opływając biodra w ich najszerszym miejscu jeszcze mocniej je poszerza, tworząc zbyt mocny kontrast ze szczupłymi ramionami, które wydają się jeszcze bardziej wąskie;
  3. niefortunnie dobrana długość spódnicy: kilka centymetrów krócej, tzn. na linii największego przewężenia tuż pod kolanem, a nogi wyglądałyby zgrabniej, całość byłaby lżejsza i bardziej proporcjonalna;
  4. cienka i dość sztywna wełniana flanela ze streczem źle się układa, wyraźnie zadając kłam popularnemu twierdzeniu, że dodatek lycry ratuje każdy materiał; a przy tym jest najlepszym dowodem na to, że kompromis między ceną a jakością odbywa się zawsze na niekorzyść tej ostatniej i ostatecznego efektu;
  5. mowa ciała na zdjęciu sugeruje wyraźnie, że nie czuję się komfortowo i pewnie.*

*Zdjęcia zostały zamówione do pewnego zawodowego projektu już kilka miesięcy temu i podczas sesji, nie myśląc o żadnej analizie, pozowałam spontanicznie i naturalnie.

 

 

Analiza zdjęcia nr. 2

 

  1. mała stójka podkreśla długą szyję (zgódźmy się, że łabędzią, ok?) oraz jest wyrafinowanym elementem kroju, nawiązującym do stylistyki azjatyckiej; podobnie zresztą jak
  2. kimonowe rękawki poszerzające szczupłe ramiona, które przez kontrast, optycznie zwężają biodra;
  3. piękny, mięsisty wełniany dżersej  a) miękko opływa sylwetkę, podkreślając jej kształty,  b) mimo swojej wagi i struktury, nie pogrubia i nie poszerza,  c) jest sam w sobie na tyle szlachetny i szykowny, że śmiało obywam się bez ozdób, biżuterii czy dodatków;
  4. widać od razu, że tak ubrana, czuję się dobrze w swoim ciele.

 

 

Mili Państwo, jeszcze słówko dla jasności: nie, żebym była niezadowolona z własnej figury. Trzeba cieszyć się z tego, co natura dała, bo przecież mogłoby być dużo gorzej. Ale czemuż by troszeczkę nie ulepszyć i odrobinkę nie poprawić? Zwłaszcza, jeśli można to załatwić bezkrwawo, bez chirurgicznych interwencji i fitnessowych narzędzi tortur.

Uwaga!
Wszyscy urażeni lub z jakichkolwiek powodów niezadowoleni, nie są wcale brani pod uwagę i nikt nie zamierza się tu liczyć z ich zdaniem.

 



Komentarze

  1. Aleksandra J.
    13 kwietnia 2015

    Trafna analiza :)
    A tak na marginesie od zawsze nienawidzilam dlugosci spodnicy z pierwszego przykladu….

    Czyli nie jest ze mna tak zle :)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      13 kwietnia 2015

      Nie, no ja to lubię te wszystkie długości midi. Moje nóżki za to – jak widać na zdjęciach – niekoniecznie :-)
      Rozglądasz się troszkę? Miłego buszowania.

      Odpowiedz
  2. Karolina
    15 stycznia 2016

    Na pierwszym zdjęciu, nogi wyglądałyby nieco lepiej bez paska w kostce. Bez niego długość spódnicy nie byłaby aż tak krzywdząca dla wyglądu nóg.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz