25 stycznia 2014 / Prosto z atelier / 10 komentarzy

Nie lubię słowa “kompromis”.  Zwłaszcza jeśli chodzi o ubrania. Dlatego w oczekiwaniu aż mój wymarzony płaszcz w końcu skończy się szyć, zakładam wysłużoną parkę i idę… uśmiechając się na myśl, jak pięknie będę już niedługo wyglądała.

 

Znacie? Słyszałyście już może kiedyś?

  • “Chciałabym, ale nie mam czasu tak latać po sklepach, musiałam w końcu coś kupić. Nie jest to może cud miód, ale…”
  • “Chciałabym, ale przecież nie będę nosić w kółko ciągle tego samego! To wolę mieć już kilka, ale za to tańszych…”
  • “Chciałabym, ale czy ty wiesz ile kosztuje przyzwoity płaszcz?”

Wiem. I zaprawdę powiadam Wam, zamiast kupować co sezon liche płaszczyki z pseudo wełny powielane w milionach egzemplarzy, wolę trzy zimy z rzędu przechodzić w starej jesionce, tylko po to, żeby w końcu najpiękniejszy płaszcz świata był mój! Bo odzieżowe kompromisy oznaczające ustępstwa i rezygnację z marzeń nie satysfakcjonują mnie wcale. Ich efektem jest zazwyczaj równie kompromisowy wygląd: nijaki, przeciętny, zwyczajny. To nie dla mnie. Nie, dziękuję.

 

Aby umilić sobie czekanie, przyozdobiłam “starą jesionkę” najładniej jak umiałam:

 

 

I nie, to nie jest żaden kompromis. To się nazywa wyjście awaryjne. Cześć!

 



Komentarze

  1. Barbarossa
    25 stycznia 2014

    No to bardzo ciekawe to wyjście awaryjne. Pięknie Ci w takich włosach. Pozdrawiam Cię ciepło w mroźny wieczór.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      25 stycznia 2014

      Moje wyjście awaryjne jest wyłącznie ciepłe i… ciepłe. Przydałaby się jeszcze odrobina eleganckiego szyku:).
      Słonecznej niedzieli Basiu. Bardzo Ty Miła Jedna:)

      Odpowiedz
  2. ja katya
    26 stycznia 2014

    No no! Wyjście awaryjne? Biorę! :D W ramach takiego wyjścia awaryjnego do swojego płaszcza przyczepiłam futrzany kołnierz, który kiedyś wyszperałam w ciuchu, i noszę to razem z futrzaną mufką, identyczną jak kołnierz:) I moja mama nie pojmuje jak tak można, bo powinnam mieć coś innego, są wyprzedaże itd. A ja czekam, bo jeszcze nie trafiłam na to czego chcę, a to co mam póki co mi pasuje:)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      26 stycznia 2014

      Mam tak samo. Lepiej indywidualny, spersonalizowany ciuch noszony latami, niż modna nowinka powtarzająca się w każdej witrynie, a którą będzie wstyd założyć pół roku później.

      No i zawsze lepiej nic, niż byle co… hmm, tej opcji przytakną pewnie zgodnie nasi panowie:).
      Sciskam niedzielnie Katyu, pa:))

      Odpowiedz
  3. Anonymous
    26 stycznia 2014

    Właśnie dlatego okrągły rok nie rozstaję się z drutami:)
    Szyć tak pięknie jak Ty nie potrafię, ale wciąż doskonalę techniki dziewiarskie.
    Podzielam Twoje zdanie na temat gatunku- lepiej kilka sztuk świetnej jakości, oryginalnych (samodzielnie wykonanych), niż szafa pełna tandety.
    Niezmiennie inspirujesz, Moniś, dzięki:)
    pozdrawiam, elka

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      27 stycznia 2014

      Wiesz, że za każdym razem szturchasz delikatnie moją ambicję? Ale… ona lubi kuksańce:).

      Dobrze jest spotkać pokrewną duszę Elu.
      Dzień dobry:))

      Odpowiedz
  4. Anula
    27 stycznia 2014

    Super wyjście awaryjne!! Pozdrawiam ciepło!!

    Odpowiedz
  5. bastamb
    29 stycznia 2014

    Tak, warto zainwestować w coś, co będzie nam służyć przez wiele lat a “wyjście awaryjne” wyszło Ci świetnie, masz ciekawą, jedyną w swoim rodzaju, parkę….pozdrawiam Monika cieplutko…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz