12 lutego 2014 / Szafa marzeń / 10 komentarzy

Mogę się złościć i tupać nogami ile mi się podoba, rynek mody rządzi się swoimi prawami: to nic, że na zewnątrz temperatury bliskie zera – na wystawach, w katalogach i magazynach mody królują wiosenne nastroje oraz kolorowe, letnio roznegliżowane golasy. 

 

 

 

W samym środku lutego, najchłodniejszego chyba zimowego miesiąca, zziębnięta i przewiana na wylot mogę sobie pomarzyć o słońcu oglądając na wystawach takie oto cuda:

  • odcienie sorbetów imrożonych deserów (brrr…): limonka, malina, truskawka i pomarańcza;
  • przewiewne i lekkie tkaniny: bawełny, lny i poliestry udające jedwabie;
  • przykrótkie kroje i letnie desenie;
  • a przy okazji całkiem sporo strasznie kościstych kolan.

 

 

 

 

O, tu już dużo cieplej. I lepiej, chociaż… niestety nie dotyczy kolan:

 

 

Nie mam zielonego pojęcia jak Wam się to udaje, ale mnie rozsądne planowanie w rytmie szybko zmieniającego się kalendarza mody nie wychodzi wcale. Niby wiem nie od dziś, że sezony w sklepach przesunięte są co najmniej o jeden do przodu, zatem:

  1. z przemyśleniami na temat wiosennej garderoby powinnam być gotowa na długo zanim zacznę spisywać noworoczne postanowienia,
  2. koncepcję jesienno – zimowego wizerunku należałoby na chłodno opracować właśnie wtedy, kiedy umieram w cieniu 40°C na wakacyjnym urlopie,
  3. a jeśli idę na zakupy właśnie wtedy, kiedy czegoś najbardziej potrzebuję, jest pewne jak w banku, że przyszłam co najmniej dwa miesiące za późno.

 

Wiem, więc o co chodzi? Sama jestem sobie winna, jeśli teraz mam ochotę na puszysty sweter. Mimo, że przed nami jeszcze kilka chłodnych miesięcy o kaszmirowym golfie mogę zapomnieć:

  • Nie ma i już!
  • Nie widzisz kobito, że u nas już wiosna?!
  • Mamy dla ciebie wiskozową niespodziankę, wciągaj na siebie, płać i nie zawracaj dupy gitary!

No tak… czy dziwnym jest w takim razie, że w środku lutego zamiast kwitnących krokusów śnią mi się po nocach wełniane i ciepłe babcine majtasy do kolan?

 

Drodzy Czytelnicy,
tych z Was, którzy są mocno osadzeni w rzeczywistości oraz dosłownie traktują słowo pisane, uprasza się o darowanie sobie uwag w rodzaju “no jak to, dzisiaj przecież świeci słońce!”. No świeci i co z tego? Po pierwsze, poruszany temat jest przenośnią, zupełnie niezależną od sezonu i pory roku, a po drugie, autorka spędziła cały, wcale niezabawny sobotni poranek obfotografowując wystawy i wierzcie mi na słowo: 3°C w wyjącym, zimnym i wilgotnym wiatrzysku nie nastrajają tolerancyjnie do jakichkolwiek prób konstruktywnej krytyki. Amen.

 



Komentarze

  1. Alicja
    12 lutego 2014

    I tu masz racje..wciaz musimy wyprzedzac czas, planowac na wyrost, kupowac za wczasu…nawet moj alergiczny nos nie mogl doczekac sie lipca tylko w lutym zaczal dawac o sobie znac katarem siennym…a mnie w Komolce juz lato..a ja szyje wnusi komunijna sukieneczke..tez na 3 miesiace wczesniej ..hihihi Monis..pozdrawiam .)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      13 lutego 2014

      Dzień dobry Alu, Twój biedny nos przywołał mnie do porządku, już biorę się w garść:).
      Z sukieneczką rozumiem, w końcu taki niewinny majstersztyk potrzebuje czasu. Bardzo bym sobie jeszcze życzyła, żeby to zrozumienie dotyczyło również… mojej osobistej garderoby.

      Pozdrawiam miło

      Odpowiedz
  2. Anonymous
    13 lutego 2014

    Mam to samo co Pani. Nie potrafię myśleć o zwiewnych sukienkach gdy mróz za oknem….Szczególnie problem dotyczy obuwia: mam standardowy rozmiar stopy więc jeśli będę chciała kupić np. w czerwcu/lipcu sandały na 100% nie kupię bo nie będzie już rozmiarówki, a to co pozostało na półkach to jakieś odpadki… Słyszę o sprzedawców “sezon już się skończył” a mnie aż ze złości skręca, bo przecież lato dopiero się zaczyna. Mi

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      13 lutego 2014

      I mnie skręca miła Mi, wygląda jednak na to, że niektóre z nas całkiem dobrze poruszają się w tym poprzestawianym galimatiasie:). Ktoś w końcu wykupuje te wszystkie sandały na początku “sezonu”, czyli w marcu i kwietniu, kiedy my obie marzymy tylko o parze ładnych kaloszy!

      Odpowiedz
  3. Anonymous
    13 lutego 2014

    W poruszony temat dobrze wpisuje się mój problem z wyprzedażami, choć logika jest wręcz odwrotna: po co mam kupować płaszcz zimowy na wyprzedaży, skoro zima się kończy?:) Wychodzi na to, że musimy planować nie tylko na sezon do przodu, ale i czasami na rok do przodu! Czyli kupić płaszcz na wyprzedaży kolekcji zimowej po to, żeby nosić go za rok:) Wniosek z tego taki, że można kupować jedynie niewychodzące z mody klasyki, żeby za rok nie być rozczarowanym nowym nabytkiem… Pozdrowienia, Antenka

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      13 lutego 2014

      Jako entuzjastka wyprzedaży powiem tak: no jak to po co?
      Bo mróz trzyma u nas do maja? Bo za rok znowu będzie zima? Bo lepszy płaszcz, buty, rajstopy dobrej firmy za pół ceny niż najnowsza nowość z Zary? Bo… naprawdę, świetny temat na post:).

      Hmm… wychodzi na to, że o ile z sezonowym planowaniem można mieć kłopoty, to już projekty w rocznej skali makro nie muszą męczyć nic a nic. Dziękuję za inspirującą myśl… te klasyki nie chcą mnie teraz zostawić w spokoju:).

      Odpowiedz
  4. Irensa
    13 lutego 2014

    Zgadza się, bo ja dzisiaj ze strachu, że wykupią i w maju nie będzie już nawet śladu nabyłam letnie spodnie! Nabyłam bardzo niechętnie i z oporami bo późną wiosną byłaby to o wiele większa przyjemność. No, ale mam!

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      13 lutego 2014

      Aha! Nareszcie wiemy, które to tak wykupują wszystko przed czasem!

      Na Pani usprawiedliwienie Irenso dodam tylko, że albo tym spodniom nie można było się oprzeć, albo z oporami czy bez, mamy tu do czynienia z bardzo zdyscyplinowanym klientem.
      Ech życie, czyli w maju tylko ja zostanę znowu z gołą… znaczy się, bez spodni:)

      Odpowiedz
  5. Asia
    30 maja 2016

    Są też plusy takiego stanu rzeczy: wyprzedaże zimowe zaczynają się w styczniu, a letnie w czerwcu, czyli śmiało można zakupić jeszcze w sezonie coś w fajnej cenie. Mnie często zdarza się kupować coś już pod koniec sezonu albo i poźniej zdając sobie sprawę, że ubiorę dopiero w kolejnym.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      30 maja 2016

      Pomijając żartobliwy charakter wpisu, zgadzam się całkowicie: ja również jestem gorącą entuzjastką wyprzedażowego szaleństwa cen.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz