18 stycznia 2014 / Prosto z atelier / 13 komentarzy

Zimno, mokro i podwiewa. Albo mrozi, ziębi i zamraża. Typowa zima, charakterystyczna dla naszego zmiennego, kapryśnego klimatu. W taką pogodę chciałabym mieć na sobie długi, ciepły, szczelnie owijający kokon. Najlepiej w postaci pięknego płaszcza. Koniecznie z lekkiej, przytulnej i szlachetnej wełny. To, co na zdjęciu wygląda jak ciepły, miękki kocyk jest gotowaną wełną, którą przed laty kupiłam jako doskonały materiał na wierzchnie okrycia zimowe. Dzisiaj, bogatsza w doświadczenia wiem jedno, to nie był dobry zakup. Przyjrzyjmy się razem dlaczego…

 

 

Lekko sfilcowany, mechaty flausz zwiódł mnie obietnicą przytulnego ciepła, okazując się wełnianym krętaczem. Zauroczona soczystym, melanżowym kolorem i sympatyczną ceną, nie zwróciłam specjalnej uwagi na skład: 50% wełny, 50% poliestru. Zimowy płaszczyk został uszyty, ale… założyłam go najwyżej dwa razy i zaraz straciłam do niego serce:

  • marrrzłam w nim piekielnie,
  • przewiewało mnie na wylot,
  • w aucie albo pomieszczeniu natychmiast pociłam się jak mysz,
  • a sama tkanina okazała się nieprzyjemnie szorstkawa i drapiąca.

Szczególnie to ostatnie mogłabym mu wybaczyć z łatwością, zwłaszcza, gdybym jeszcze przypominała cyklamenową Królową Śniegu. Niestety, mimo francuskich cięć i wąskiej sylwetki płaszcza, o smukłym i zwiewnym zimowym zjawisku nie było nawet mowy. Wyglądałam jak baba zapakowana w różową derkę.

Płaszcza już dawno się pozbyłam, ale został mi jeszcze kupon tkaniny, który jak przystało na prawdziwego oszusta, przedziwnie zmienił kolor w obiektywie aparatu. Czy widzicie jak topornie i bez wdzięku układa się na (Zuzkowej) figurze? Nie waży dużo, a jednak ciężkie, niezgrabne fałdy przytłaczają całość, ciągnąc ją w dół. Z przodu, tam gdzie materiał leży podwójnie, tworzy się grubaśne popiersie, a sztywne załamania materiału poszerzają, zdając się przyciągać całą sylwetkę do ziemi.

 

 

 

A teraz dla porównania i łatwiejszego wyobrażenia sobie możliwej różnicy, przyjrzyjmy się innej płaszczowej tkaninie. Znany nam już wełniany welur z odrobiną kaszmiru:

 

 

  • mięsisty,
  • ciepły,
  • z jedwabistym, gęstym włosem,
  • nie gryzie i nie drapie,
  • jest szalenie gładki w dotyku.

Zobaczcie proszę, jak miękko i powabnie układa się na (Zuzkowym) ciele, głębokimi, ciężkimi fałdami spływając w dół. Zauważcie ten delikatny, dyskretny połysk, po którym natychmiast rozpoznajemy tkaninę szlachetnego rodowodu. Żadnego pogrubiania, żadnych niechcianych „puszystych” efektów. Tylko blask, harmonia i elegancja. I to pomimo koloru, który trudno byłoby nazwać subtelnym.

 

Obszerna kamizela uszyta z tego welurowego cudu nie ma rękawów i zapięcia, dlatego noszę ją w temperaturach powyżej zera. Jest ciepła, przytulna i nie gniecie się przy tym wcale, znosząc bez fochów nie zawsze pełne taktu traktowanie. I choć w towarzystwie ciepłego swetra sprawdza się doskonale, widzę, że to grzech, że taki materiał marnuje się leżąc odłogiem! Dzięki naszym rozważaniom marzenie o Królowej Śniegu w mocnym pink, wróciło ze zdwojoną siłą.

 

I na koniec jeszcze jeden, bardzo interesujący test:

 

Nasz fuksjowy welur oglądany pod światło, nie przepuszcza go wcale, jest ścisły, zwarty i gęsto tkany.

 

Cyklamenowy flausz natomiast, pomimo swojego włochatego spilśnienia, jest… zupełnie prześwitujący! Czy dziwi zatem, że zimny wiatr hula sobie swobodnie pod płaszczem uszytym z takiej „wełny”?

 

 

 

Miłe Przyjaciółki,

możemy już przestać marznąć, przeziębiać się i chorować. Wystarczy, jeśli w poszukiwaniu idealnego okrycia zimowego weźmiemy sobie do serca trzy wskazówki:

1.  Trzymamy ręce z daleka od poliestrów, wiskoz i bawełnianych mieszanek. Szlachetna, żywa wełna jest naszym zimowym ideałem.
2.  Nie idziemy na żadne jakościowe kompromisy – obojętnie, czy mowa o rodzaju tkaniny czy też o najbardziej twarzowym kolorze. Piękny płaszcz z doskonałej wełny będzie naszym wiernym towarzyszem przez następne lata, nie opłaca się tu robić żadnych ustępstw.
3.  Szukamy aż znajdziemy, nie zniechęcając się trudnościami i nie wpadając w pułapkę szybkich, tanich zakupów „bo przecież nie mam co na siebie włożyć”. Ja też nie mam. Dlatego cierpliwie szukam.

 

 



Komentarze

  1. Barbarossa
    18 stycznia 2014

    Fantastyczne rady, chyba bym nigdy na to nie wpadła. Pozdrawiam ciepło!

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      18 stycznia 2014

      Pewnie, przecież Ty w swoim bordowym futerku wcale nie boisz się zimna!
      Miłego weekendu Basiu:)

      Odpowiedz
    • Barbarossa
      25 stycznia 2014

      Moniki, dzisiaj to w moim bordowym futerku bym zamarzła. Chyba sięgnę po płaszczyk, bo zawsze w nim cieplej. Pozdrawiam Cię serdecznie.

      Odpowiedz
  2. ja katya
    18 stycznia 2014

    Ostatni punkt biorę sobie za motto! Mogę?:)))

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      18 stycznia 2014

      Chętnie. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja nie mam się w co ubrać:))

      Odpowiedz
  3. Małgorzata TP
    18 stycznia 2014

    To prawda, w prawdziwie szlachetnej wełnie mogę tarzać się z psami a potem otrzepać subtelnie i iść na wykwintną kolację :)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      19 stycznia 2014

      Ten test jest dla mnie całkowitą nowością!
      Właśnie się zastanawiam, gdzie by tu dla dobra nauki się wytarzać. I z kim.
      Na szczęście druga część doświadczenia nie powinna już sprawić żadnych kłopotów. Coś mi mówi, że z wykwintną kolacją poradzę sobie łatwiej:).

      Odpowiedz
  4. Aga
    19 stycznia 2014

    Piekny welniany plaszcz bylby cudownym uzupelnieniem mojej zimowej garderoby, tylko skad ja go wezme???!!!
    Niestety nigdzie jeszcze takowego nie spotkalam, bo na pewno bym zauwazyla i juz bylby moj. Moze kiedys moja wspaniala przyjaciolka pokaze swoj kunszt na mojej skromnej osobie i ……… Pomarze sobie troszke, a co mi szkodzi, tego mi nikt nie zabroni.
    Dobranoc serdeczna przyjaciolko, Tobie rowniez wspanialych snow zycze. ;-)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      20 stycznia 2014

      Aha, jeszcze jedna dama, która nie ma się w co ubrać! Witamy w naszym miłym gronie:)).
      Mam nadzieję, że już niedługo naprawdę będę mogła pochwalić się własnym “kunsztem” – też mi się marzy od dawna ciepły, wełniany i przytulny. Ciekawe czy Ci się spodoba?

      Dzień dobry Aga. Jak dobrze się dzisiaj spało:)

      Odpowiedz
  5. Vintage Cat
    20 stycznia 2014

    Niestety, w sklepach trudno znaleźć dobry gatunkowo płaszcz – sama się zdziwiłam, że nawet droższe marki (Mango, Taranko) mają w ofercie materiały jedynie z dodatkiem (!) wełny. Z kolei tańsze sieciówki to same sztuczne włókna…

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      20 stycznia 2014

      Całkiem jak w życiu – znalezienie ideału nie jest łatwe:).

      Bardzo ładne i obiecujące modele znalazłam w polskich firmach z wyższej półki: wspominanym przez Ciebie wcześniej Simple oraz w Arytonie. Ciekawa jestem co się stanie z cenami, jeśli poczekamy jeszcze miesiąc?

      Odpowiedz
  6. Irensa
    20 stycznia 2014

    Ogólnoświatowa damska przypadłość, czy co? Trzeba wyjść z domu, pogoda psia, a cieplutkiego, wełnianego płaszcza oczywiście brak / im bardziej zaglądam w głąb szafy tym mocniej mi ten fakt doskwiera/ A i widoki na takowy też żadne , bo gdzie takie cudo znaleźć? no po prostu wyć /nie żyć/ się chce! Ale z przyjemnością popatrzę jak już będzie gotowy:)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      20 stycznia 2014

      Na to wygląda. I do tego chyba zaraźliwa i nieuleczalna:).

      Z wyciem proszę jeszcze się wstrzymać. Na razie polujemy. W ciszy, skupieniu i cierpliwie, jak na prawdziwe łowczynie przystało. Pierwszą zwierzynę widać już zresztą na celowniku – tak jak szeptałam do Vintage Cat…

      Odpowiedz

Dodaj komentarz