7 kwietnia 2013 / Materiały / 2 komentarze

Dzisiaj będzie brutalnie i bez ogródek. Akryl? Żadne udawane wełny, fałszywe mohery i inne sztuczne paskudztwa nie będą mi się kręciły po obejściu, a wstęp do garderoby jest dla nich surowo wzbroniony! Nie chcę, nie potrzebuję i nie lubię żadnych:

  • poliamidowych rajstop, bielizny, sportowych ciuchów (to akurat jest niewielki problem i mnie osobiście nie dotyczy, bo ze sportem też chciałabym mieć jak najmniej wspólnego),
  • poliakrylowych swetrów, kurtek, kocy, pledów i innych ocieplaczy.

 

Ale dlaczego, dlaczego, dlaczego? Czy nie są elastyczne i nie grzeją równie dobrze jak wełna będąc o niebo tańsze? Czy nie schną szybciutko i w ogóle pierze się je bez problemów?

Tak, grzeją. Tak, są rozciągliwe. I to wszystkie, moim zdaniem zalety włókien syntetycznych, które przy całej masie wad raczej nie powinny nas zachęcić do sięgania po nie. To, że są bardzo tanie nie jest w moich oczach zaletą, tylko bardzo podejrzaną sprawą oraz mocnym argumentem na „nie” (jako dla osoby, której nieobce są egoistyczne rozważania na temat zakupowych motywów i zachowań klientów oraz idealistyczne rozmyślania o współczesnym systemie wartości albo odpowiedzialnym konsumpcjonizmie). Przypatrzmy się z bliska:

1.  Główną cechą omawianych jest to, że pochłaniają w bardzo małym stopniu wilgoć. Dlatego właśnie schną po praniu błyskawicznie i dlatego, kiedy człowiek się trochę lub troszkę więcej spoci, to pot pozostaje na skórze. Wilgotna skóra ochładza się, więc jest nam nieprzyjemnie mokro-zimno, a do tego bakterie robią swoje i zaczynamy

2.  intensywnie… pachnieć (choć nie jest to idealne określenie).

3.  W międzyczasie chodzimy mocno „naładowani”, ponieważ syntetyki ładują się elektrostatycznie. Znacie to zjawisko, kiedy przy ściąganiu ciucha przez głowę włosy stają dęba i przechodzi nas elektryczny prąd? Właśnie.

4.  Z efektem pilingowania, który nie wiadomo dlaczego nie przez wszystkich klientów jest poszukiwanym walorem nowego swetra, będziemy mieć do czynienia najpóźniej po kilku praniach. Czyli bardzo szybko, bo wiemy już przecież z punktów 1, 2 i 3, że prać trzeba będzie często.

 

Jeżeli ktoś z Państwa pozostał nienasycony lub nieprzekonany, polecam literaturę fachową lub o wiele bardziej przystępny artykuł Mr.Vintage, który w poście pod wymownym tytułem „Akryl, czyli pseudowełna” już pół roku temu rozprawił się z tym tematem.

A ja chciałabym jeszcze tylko nieśmiało uzupełnić, że syntetyczne włókna roztapiają się chętnie już w samym pobliżu płomieni, stanowiąc niebezpieczeństwo poważnych poparzeń. Czy są tu osoby, tak jak ja, obdarzone sporą wyobraźnią? Tak? Więc chyba oszczędzę nam wszystkim, obrazowych przykładów miłych wieczorów przy ognisku czy wesołych grillowych spotkań, od których to wyobrażeń:

  • przechodzą ciarki,
  • mrowi skóra,
  • trzęsą się ręce,
  • grożą zawroty głowy,
  • i w ogóle mózg drętwieje.

Ha, mamy tu więc jeszcze medyczne przeciwwskazania do używania wełniastych podróbek!

 

Zresztą, zobaczcie sami, co wynika z zadawania się z pseudopodobnymi:

akryl: lala

Rezultat jest zmechacony, skołtuniony, spilingowany i w ogóle do ludzi niepodobny :)

 

No tak. Racja, emm… tego… Nie ma wyjścia, muszę przyznać szczerze, że i ponieważ:

  • miła ze mnie dziewczyna, która nie lubi kłamać i kręcić (bez potrzeby naturalnie, nie przesadzajmy w końcu),
  • konsekwencja nie jest koniecznie moją mocną stroną,
  • wyjątki, jak wiemy, doskonale podkreślają reguły,
  • a reguły są po to, żeby je łamać,

jednak jeden akrylowy ciuszek gdzieś mi się tu przyplątał i hołubię go ze względów nostalgicznych.

Podarowany od serca i w dobrej wierze, a do tego śliczny okropecznie, nie mógł przecież wylądować w koszu. Weźmy również pod uwagę, że nie każdy, w tym darczyńca, tak maniacko jak ja czyta metki, etykiety, instrukcje obsługi i w ogóle wszystko, co napisane jest maleńkim druczkiem (oczywiście w nadziei, że klient zniechęci się do szczegółowych dociekań, a od samego patrzenia rozboli go głowa; ale nie ze mną takie numery).

Gwoli usprawiedliwienia dodam tylko, że kubraczek zawsze i przykładnie, noszony był wyłącznie w towarzystwie mięciutkiej podkoszulki merino. Do tego obowiązkowo wełniany śpiworek do wózka oraz wełniana czapeczka w charakterze hełmu strażackiego (wełna jak wiadomo nie jest łatwo palna), jako że wizja rozszalałych płomieni na placu zabaw nie chciala mnie całkiem opuścić, wbrew optymistycznym zapewnieniom współmałżonka, że piasek się przecież nie pali. A kto go tam wie!

 

 



Komentarze

  1. Katarzyna
    27 września 2016

    A ja wlasnie szukam i szukam jedwabnych stanikow. Duza miska, maly obwod. Dusze sie w tych poliamidach, a bawełna z oczywistych wzgledow (rozmiar) odpada. Macie moze jakies sprawdzone adresy dziewczyny? :)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      28 września 2016

      Nic nie mam, kurczę no :-(
      Też noszę poliamidy, ale kiedy tylko mogę, latam bez.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz