23 października 2016 / Tkaniny / 88 komentarzy

W komentarzach do jednego z ostatnich wpisów, przy okazji rozmów na temat wełnianej sukienki, rozwinął się nam ciekawy wątek o użyteczności wełnianych materiałów. Czy wełna sprawdza się w codziennych sytuacjach? Czy bawełna jest od niej bardziej praktyczna? Dobre pytania. A więc: wełna czy bawełna? Która jest lepsza na co dzień?

 

 

Wełna czy bawełna? Z komentarza Czytelniczki

Asia pisze tak:

„No to już wiem, że wełnianych spodni raczej kupować nie będę. Akurat kupiłam w komplecie z żakietem, ale nie potrafię sobie wyobrazić okazji, kiedy założyłabym je razem, więc służyły osobno. Szkoda, bo są wygodne i pomyślałam, że będę mogła przerzucić się z dżinsów. Ale chyba po prostu zacznę rozglądać się za “materiałowymi” spodniami, czyli nie dżinsami, spodniami ze zwykłej bawełny. Niestety, szlachetne tkaniny tracą w kontekście codziennego użytkowania. A taka bawełna: do pralki, do suszarki i z głowy :) Także odpuszczam sobie wełniane spodnie, jedwabne bluzki i sukienki (nooo z tym jedwabiem to się pewnie ugnę jak coś ładnego się trafi).

Moje Drogie, nie wydaje się Wam, że popularność poliestru w dużej mierze wiąże się właśnie z tą wygodą? Bo, chociaż wyobrażam sobie, jak z namaszczeniem składam i chowam kaszmirowe sweterki i jedwabne koszule, to w praktyce wyglądałoby to pewnie inaczej… Pranie wyciągam z suszarki do szafy, najczęściej w pośpiechu. Moje doświadczenie mi pokazuje, że jeżeli jakaś rzecz wymaga prasowania, jest niewygodna lub w jakiś sposób źle się w niej czuję (…), to z czasem przestaję taką rzecz ubierać. A jedwabne ubrania dłuuugo czekają na pranie ręczne. Jestem pod ogromnym wrażeniem, co można wyczarować z bawełny – lejąca satyna, nierównomierne płótno a’la len, lekkie i transparentne tkaniny prawie jak szyfon. Szkoda, że bawełnę sprowadza się do roli t-shirtów.”

 

Funkcjonalność różnych materiałów w kontekście codziennej przydatności, to bardzo interesujący temat. Szczególnie użyteczność wełny i bawełny, o których ostatnio dużo rozmawiamy, wydała mi się warta rozłożenia komentarza Asi na części pierwsze.

 

 

 

Wełna czy bawełna? Czym różnią się od siebie oba rodzaje materiałów

„No to już wiem, że wełnianych spodni raczej kupować nie będę. (…) Szkoda, bo są wygodne i pomyślałam, że będę mogła przerzucić się z dżinsów. Ale chyba po prostu zacznę rozglądać się za “materiałowymi” spodniami, czyli nie dżinsami, spodniami ze zwykłej bawełny. Niestety, szlachetne tkaniny tracą w kontekście codziennego użytkowania. A taka bawełna: do pralki, do suszarki i z głowy…”

 

Czym różnią się od siebie wełna i bawełna? Wyglądem, sposobem pielęgnacji, właściwościami.

 

1. Wełna jest cieplejsza od bawełny.

Oczywiście, bawełnianą tkaninę można podrasować w taki sposób, żeby była ciepła, rozmawiałyśmy o tym, przy okazji bawełnianych sukienek na jesień. Jednak w prostym porównaniu, jak jeden do jednego, np. bawełniana flanela – wełniana flanela albo bawełniana satyna – wełniana satyna, wełna bezapelacyjnie wygrywa pod względem grzania.

 

2. Wełna układa się bardziej miękko od bawełny.

Jasne, bawełniany woal jest miękki i lekko opływa figurę, ale jeśli zastosujemy dokładnie takie same porównianie jak wyżej, okaże się, że bawełniana satyna jest dość sztywna i daleko jej do mięsistego wdzięku swojego wełnianego odpowiednika, a bawełniana krepa jest wprawdzie miła w dotyku, ale to wełniana płynie podczas każdego ruchu, podkreślając szyk i grację noszącej ją kobiety.

 

3. Wełny nie trzeba prasować, bawełnę tak.

Wełna jest wyjątkowo sprężystym włóknem, więc zagniecenia na jej powierzchni same się szybko rozprostowują. Z bawełną jest wręcz przeciwnie – jej włókna są mało sprężyste i rozciągliwe, więc każde zagniecenie pozostawia trwały ślad, który wymaga wyprasowania (więcej przeczytasz już za chwilę).

 

4. Wełnę pierze się na sucho, bawełnę w wodzie.

Tak, to prawda, że wełniane tkaniny pierze się prawie zawsze na sucho, podczas kiedy bawełniane zwykle nadają się do prania w pralce. Piszę prawie i zwykle, bo jak zawsze, zdarzają się również wyjątki (lekkie wełniane tkaniny oraz wełniane dzianiny można prać na mokro, a bawełniany aksamit bardzo traci na urodzie w kontakcie z wodą).

 

Poza tym, jak słusznie zauważyła Iwona, odpowiadając na komentarz Asi, jakość wełnianych tkanin także jest różna. Rozszerzając jej wypowiedź dodam, że nie tylko różnice w jakości tego samego włókna, ale przede wszystkim różnice między specyfiką odmiennych od siebie włókien (właśnie jak wełna i bawełna), decydują o tym, jaka tkanina bardziej pasuje do naszej codzienności.

Prześledźmy to na przykładzie spodni:

Wełna czy bawełna: porównanie spodnifot. Massimo Dutti

 

Podobny styl, podobny krój i kolor, ale całkiem różne materiały.

Od lewej: spodnie z wełny. Od razu podczas zakupu, dolicz w myślach do ceny spodni koszt regularnego czyszczenia na sucho – będziesz musiała od czasu do czasu oddawać je do pralni chemicznej. Co znaczy od czasu do czasu? To zależy tylko od ciebie. Nie noś ich codziennie i odświeżaj regularnie na świeżym, wilgotnym powietrzu (np. wieszając je w naparowanej łazience lub nocą na balkonie) – w tym czasie sprężyste włókna wełny zregenerują się i same wrócą do formy, a nieprzyjemne zapachy ulotnią się bez śladu.

Po prawej: spodnie z bawełny. Będziesz je mogła prać w pralce, ale nie zapomnij, że bez żelazka się nie obejdzie. Na dodatek często, ponieważ jeśli chcesz, żeby wyglądały nienagannie, będziesz musiała je prać i prasować po każdym założeniu… nie, nie dlatego, że zaraz będą brudne. Raczej dlatego, że zaraz całe się wygniotą i od razu powypychają ci się kolana. Cóż, bawełna szybko traci formę, na szczęście tylko do kolejnego prania.

 

Wełna czy bawełna? Kwestia tego, jakich spodni potrzebujesz na co dzień, w dużej mierze zależy od twojego gustu i twoich upodobań. Ale również od rodzaju twojej pracy.

 

 

 

Wełna czy bawełna? Pokaż mi co masz na sobie, a powiem ci kim jesteś

„No to już wiem, że wełnianych spodni raczej kupować nie będę. Akurat kupiłam w komplecie z żakietem, ale nie potrafię sobie wyobrazić okazji, kiedy założyłabym je razem, więc służyły osobno. (…) Także odpuszczam sobie wełniane spodnie, jedwabne bluzki i sukienki (nooo z tym jedwabiem to się pewnie ugnę jak coś ładnego się trafi).”

 

Jeśli się zastanowię, moim ideałem zawsze była Elegantka. I tak właśnie wyglądałam mniej więcej do trzydziestki: podkreślająca figurę sukienka do kolan, kostium i pantofelki na wysokich obcasach. Moje potrzeby zmieniły się, gdy otworzyłam własną pracownię, ale po urodzeniu dzieci całkowicie stanęły na głowie. Jeżeli jesteś matką, wiesz o czym mówię – nagle okazało się, że w dopasowanej sukience nie da się schylić, przykucnąć czy wziąć malucha na ręce, że w szpilkach o smukłych noskach puchną nogi, że na wysokich obcasach nie nadążam za będącymi w ciągłym ruchu brzdącami.

Potrzebowałam szykownych, ale przede wszystkim wygodnych ubrań. Ubrań, które by pasowały do mojego całkiem nowego stylu życia.

 

Rodzaj ubrania – w tym materiał, z którego to ubranie jest wykonane – powinno być podporządkowane naszym potrzebom i codziennym okolicznościom, w jakich się poruszamy. Wymagania związane z pracą, odgrywają tutaj niemałą rolę. Co to konkretnie znaczy? To znaczy, że nauczycielka wybierze całkiem inny zestaw tkanin, niż pnąca się po szczeblach kariery zawodowej młoda pani menadżer.

 

 

Wełna czy bawełna? Przykład 1.

Nauczycielka ma kontakt z dziećm i z ich rodzicami, dlatego potrzebuje wygodnej odzieży, która budzi zaufanie, ale jednocześnie nie pozbawia respektu:

Wełna czy bawełna: tkaniny dla nauczycielkifot. Massimo Dutti

 

Jasne, pogodne kolory. Wygodne fasony, w których da się swobodnie pochylić nad uczniem, przykucnąć lub podnieść coś, co właśnie upadło. Wygodne obuwie, w którym wytrzyma się kilka godzin stania. A do tego praktyczne tkaniny, które można często prać i które nie boją się kontaktu z pylącą kredą, tuszem, klejem i brudnymi rękami małych dzieci.

Ubranie nauczycielki powinno być wystarczająco nowoczesne (uczniowie patrzą i oceniają), dostatecznie na serio (spotkania z rodzicami) oraz zdecydowanie praktyczne. A więc: wełna czy bawełna? Bawełna (np. bawełniana bluzka, szal, dżinsowa spódnica, spodnie sztruksowe albo chino, sukienka z bawełnianej gabardyny albo popelinowa szmizjerka). Uzupełniana wełnianymi elementami (np. rozpinany kardigan, żakardowy sweter albo żakiet z bouclé).

 

 

 

Wełna czy bawełna? Przykład 2.

Pnąca się po szczeblach zawodowej kariery pani menadżer, reprezentuje interesy swojej firmy. Także własnym wyglądem. Dlatego jej ubranie ma sygnalizować bezkompromisowy profesjonalizm:

Wełna czy bawełna: tkaniny dla pani menadżerfot. Massimo Dutti

 

Poważne, stonowane barwy, klasyczne, biznesowe fasony i eleganckie tkaniny, które przez cały dzień zachowują formę, mają sygnalizować wiarygodność, odpowiedzialność i autorytet. Wełna ma bardzo istotną przewagę nad bawełną w kontekście nienagannej prezencji – nie gniecie się, a uzupełniona podszewką również nie wypycha.

Ubranie osoby reperezentującej powinno być dyskretnie powściągliwe i raczej konserwatywne niż modne. A więc: wełna czy bawełna? Wełna (kostium, spodnie, spódnica, sukienka). Uzupełniana bawełnianymi (np. biała koszula czy klasyczny trencz) i jedwabnymi (apaszka, bluzka) elementami.

 

 

 

Wełna czy bawełna? Prasować czy nie prasować… oto jest pytanie

„Moje doświadczenie mi pokazuje, że jeżeli jakaś rzecz wymaga prasowania, jest niewygodna lub w jakiś sposób źle się w niej czuję (…), to z czasem przestaję taką rzecz ubierać. A jedwabne ubrania dłuuugo czekają na pranie ręczne. Jestem pod ogromnym wrażeniem, co można wyczarować z bawełny – lejąca satyna, nierównomierne płótno a’la len, lekkie i transparentne tkaniny prawie jak szyfon. Szkoda, że bawełnę sprowadza się do roli t-shirtów.”

 

Rzeczywiście, szkoda. Jednak t-shirty mają jedną podstawową zaletę – nie trzeba ich prasować. T-shirt jest uszyty z bawełnianej dzianiny, a dzianina w przeciwieństwie do tkaniny jest elastyczna, a więc się nie gniecie.

Połyskująca satyna, płótno przypominające len, lekkie muśliny, batysty i waole… tak, możliwości bawełny są fantastyczne i wydają się nieograniczone. Niestety, nie da się pogodzić zupełnie sprzecznych życzeń. Jeżeli chcesz nosić oddychające i przyjemne dla skóry bawełniane tkaniny, które na dodatek można wpakować do pralki, musisz zaprzyjaźnić się z żelazkiem.

 

Biała bawełniana koszula? Wymaga prasowania.

Spodnie z bawełnianej satyny? Wymagają prasowania.

Letnia sukienka z bawełnianego batystu? Wymaga prasowania.

Szmizjerka z bawełnianej popeliny? Wymaga prasowania.

Bawełniane materiały, z wyjątkiem dzianin, tkanin z włosem (np. sztruks czy akasamit) oraz grubszych rodzajów (np. denim czy gabardyna) wymagają prasowania. Co więcej, lubią być prasowane i powinny być prasowane, ponieważ proces oddziaływania gorącą temperaturą:

  • zmiękcza włókna bawełny,
  • nadaje im szlchetny połysk (bez obawy, to raczej ślad połysku),
  • niszczy bakterie i zarodniki pleśni, które bardzo chętnie zasiedlają bawełnę.

Dawniej nie tylko pościel i ręczniki, ale także bawełnianą bieliznę, koszule i bluzki gotowano i suszono na słońcu. Współczesne ubrania są zwykle przeznaczone do delikatnego prania w 30, max. 40°C, dlatego prasowanie to pewna metoda zachowania higieny w przypadku bawełny.

Nie cierpisz prasować? Wełna się nie gniecie.

 

 

 

Kwestia wygody

Na zakończenie chciałabym jeszcze odpowiedzieć na zawarte w komentarzu Asi pytanie, które tylko na pierwszy rzut oka nie jest związane bezpośrednio z naszym dzisiejszym tematem:

„Moje Drogie, nie wydaje się Wam, że popularność poliestru w dużej mierze wiąże się właśnie z tą wygodą? Bo, chociaż wyobrażam sobie, jak z namaszczeniem składam i chowam kaszmirowe sweterki i jedwabne koszule, to w praktyce wyglądałoby to pewnie inaczej…”

 

Tak, popularność poliestru na pewno wiąże się z wygodą.

Kłopot polega na tym, że współczesne wyobrażenie na temat wygody sięga absurdu. Jeszcze nigdy w historii nie miałyśmy takiego komfortu, jeśli chodzi o usprawnienie nużących prac domowych: pralki, zmywarki, odkurzacze, żelazka najnowszej generacji, szybkowary i ekspresy do kawy

  • piorą,
  • zmywają,
  • czyszczą,
  • prasują,
  • gotują
  • i parzą poranną kawę

prawie bez naszego udziału. Jakby tego było mało, przy obecnym, niesamowicie szybkim tempie rozwoju nowoczesnych technologii, piekarnik, który sam się wyczyści albo inteligentny robot, który zbierze kurze i umyje podłogi, będą za chwilę najnormalniejszą rzeczą pod słońcem i chlebem powszednim w każdym domu. Dlaczego ciągle nam mało?

 

Tak, z pewnością poliester można nazwać wygodną tkaniną. Poliester jest dość elastyczny, więc mało się gniecie, nie pochłania wody, więc schnie w oka mgnieniu, potrafi imitować wełnę albo jedwab, a do tego jest nieprzyzwoicie tani… kto mógłby się oprzeć?

My.

 

 

Przytoczony komentarz sprowokował mnie do dzisiejszych przemyśleń, ale jest on tylko fragmentem dialogu, który prowadzimy pod wpisem Sukienki na jesień. Część I: sukienki z wełny. Zachwycamy się w nim ciuchami od Deni Cler, rozmawiamy o różnych rodzajach wełen oraz przekomarzamy na temat tego, co mają wełniane spodnie do jazdy na rowerze.

 

Udostępnij
Email this to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Pin on Pinterest


Komentarze

  1. www.ŻyciePodPalmami.pl
    23 października 2016

    Coraz bardziej lubię Twojego bloga! Piękny artykuł! Apropos poliestru jeszcze – ostatnio mnie oszukano i “dzianina” bawełniana, którą kupiłam okazała się tylko w połowie bawełną a w połowie polig…wnem, jak ja to nazywam. Postanowiłam dać jej szansę, bo była dość cienka. Ale niestety po 3 próbach noszenia tego śmiecia poddałam się i bluzka leci “do ciuchbudy”.

    Moje obserwacje są takie:
    – poliester, jak i inne sztuczne materiały podrażnia skórę. Nie jest to widoczne, ale to się czuje. Być może chodzi o sam efekt “duszenia” skóry. Wyobraźmy sobie, że mamy na sobie folię spożywczą. Podobnie czuję się w materiałach które mają nawet tylko domieszkę poliestru
    – poliester i inne sztuczne zwyczajnie śmierdzą. I to strasznie. Swetry akrylowe po paru praniach zawsze stawały się twarde i niemiłosiernie śmierdzące, zawsze się zastanawiałam dlaczego, Żadne suszenie itp. nie pomagało – rzeczy były do wyrzucenia. Zauważam to samo w mieszankach dresowych (bawełna + polig..wno – smród pojawia się już po pierwszym praniu). Zaznaczam, że żadne moje rzeczy wełniane, bawełniane i jedwabne nigdy nie śmierdziały…
    – poliester itp. nie uszlachetniają, tylko “psują” materiał – to co wyżej – pranie sprawia, że ciuchy sztywnieją, stają się niemiłe, nie do noszenia, szorstkie itp. Widać to zwłaszcza po akrylowych swetrach i 2 praniach, ale poliester również, nawet w wersji mieszanej po prostu robi z ubrań “ściery”. I żeby chociaż te ściery się nadawały do mycia, nie, one są do wyrzucenia, bo tym się brudu z podłóg nie zmyje. Bawełniane stare rzeczy przynajmniej można w tej sposób jeszcze użyć, a polig…wno po prostu idzie na śmietnik i zatruwa nam środowisko

    A skoro o tym wspominam to rozwinę – pamiętajmy, że sztuczne materiały powstają z ropy i są po prostu rodzajem plastiku. Nie dość, że podczas prania uwalnia się masa mikrocząstek tego plastiku, który zatruwa nam wodę i glebę w naszym obszarze, to jeszcze te sztuczne materiały, które szybko wyrzucamy i kupujemy nowe, NIGDY SIĘ NIE ROZKŁADAJĄ. To są plastiki. Kończą na wysypiskach, ale 1/3 trafia do oceanów. Jedzą to zwierzaki morskie, wody transportują to wszędzie po całej ziemi, z czasem powstają mikro-cząstki, które zanieczyszczają nam glebę i potem to… jemy.
    To nie są żarty. Plastik w tej chwili nie rozkłada się, a produkujemy go tyle, że wg obliczeń za 35 lat będzie go więcej w wodach niż… ryb.

    Tak więc warto zastanowić się dwa razy, zanim się “kupi” marketingowe “Sztuczne jest praktyczne i tanie!”. Nie jest ani tanie, ani praktyczne.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      24 października 2016

      Dziękuję Katarzyno. Za podzielenie się własnymi przemyśleniami i za pierwsze dwa wykrzykniki. Przeniosę później Twój komentarz pod artykuł o poliestrowej podszewce, aby ten, kto szuka informacji na temat poliestru, bez trudu znalazł Twój apel.

      Na pewno masz rację, w globalnym rachunku syntetyki nie są ani praktyczne, ani tanie. Sama kwestię ochrony środowiska omijam zwykle szerokim łukiem, ponieważ nie czuję się wystarczająco kompetentna (czytaj: nie mam żadnej ochoty), żeby wdawać się w ewentualne konfrontacje na ten temat. Mam wrażenie, że Ty sobie za to świetnie poradzisz :-)

      Odpowiedz
      • www.ŻyciePodPalmami.pl
        8 grudnia 2016

        Haha, ja nie jestem żadnym obrońcą środowiska. Tu chodzi o nas samych i nasze zdrowie. Najlepiej zawsze zdrowo egoistycznie podejść do każdego tematu – to najlepsza motywacja. Ale sztuczne materiały już bez elementu zatruwania środowiska po prostu są kiepskie. Gdyby rynek tego masowo nie pompował – nigdy by się nie sprawdziły bo są tak naprawdę droższe niż naturalne rzeczy.

        Odpowiedz
  2. Anna
    23 października 2016

    Bardzo dziękuję za ten wpis – pomógł mi sobie wszystko uporządkować w głowie i w końcu pogodzić się z koniecznością (atopowe zapalenie skóry) ograniczenia udziału wełny w mojej garderobie. Tryb życia nie wymaga ode mnie aż tak perfekcyjnego stroju, więc spokojnie mogę mieć garderobę w “stylu nauczycielki” :-). Pewnie dalej będę z zazdrością oglądać te wszystkie przepiękne, wełniane sukienki, ale, przynajmniej na poziomie racjonalnym, łatwiej mi się pogodzić z ich brakiem.Gdyby jeszcze oferta sklepów w zakresie ubrań z bawełny była większa, no i żeby można dostać tę bawełnę bez sztucznych dodatków…Mam nadzieję, że producenci ubrań w końcu zauważą, że wszywając poliestrowa podszewkę do żakietu z mieszanki bawełny i lnu (powszechne zjawisko) ograniczają sobie możliwość zbytu, bo coraz więcej klientek nie chce takich produktów. Tak sobie marzę :-).

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      24 października 2016

      Anno, chciałam być obiektywna, ale chyba mi się to nie udało. Z każdego akapitu wyziera moja miłość do wełny :-) Tym bardziej się jednak cieszę, że zrozumiałaś moje intencje i wyciągnęłaś dla siebie właściwe wnioski.

      A ja sobie marzę… że setki tysięcy mnie czytają. Wtedy wszystkie razem, zatupałybyśmy tak głośno na znak sprzeciwu, że producenci odzieży musieliby nas usłyszeć!

      Odpowiedz
      • Anna
        24 października 2016

        Moniko, Twoja miłość do wełny jest dla mnie oczywista, odkąd trafiłam na Twojego bloga i właśnie częściowo stąd moje racjonalizacje, bo tak pięknie o tej wełnie piszesz, że tym bardziej mi żal, że muszę ją bardzo ograniczać. Na szczęście, trochę tej wełny mogę mieć – płaszcz zimowy na naturalnej podszewce, a ostatnio się okazało, że także dobrej jakości kaszmir! To także dzięki Tobie – po przeczytaniu wpisu o kaszmirze w końcu odważyłam się sprawdzić, czy muszę się pozbyć moich kilku swetrów, które leżały od momentu, kiedy moje dolegliwości się zaostrzyły. No i okazało się, że tylko jeden sweter, kupiony w paryskiej Zarze, robi mi krzywdę, pozostałe mogę nosić. Potwierdzam: kaszmir kaszmirowi nie jest równy. Twój ostatni wpis pozwolił mi jeszcze raz zastanowić się nad swoim rozgoryczeniem z powodu konieczności ograniczania wełny w mojej garderobie i zrozumieć, że mogę bez żalu podzielać Twoją miłość do wełny i ubierać się głównie w bawełnę :-). Bardzo Ci za to dziękuję!

        Odpowiedz
        • Monika Frese
          24 października 2016

          Aniu, to ja… wiesz, że właśnie beczę ze wzruszenia?

          Odpowiedz
          • Anna
            24 października 2016

            oj, to na razie zrobię przerwę w wymienianiu, co jeszcze zawdzięczam Twojemu Blogowi, bo robi się niebezpiecznie ;-). A serio, to widzę, czytając komentarze, że nie tylko ja, dzięki czytaniu Ciebie, uczę się, precyzuję swoje opinie, czy też potwierdzam swoje intuicje i mam nadzieję, ze wkrótce będzie nas tyle, ze będziemy mogły powiedzieć producentom, co myślimy o wciskaniu nam poliestru.

  3. Marrus
    23 października 2016

    Nic dodać, nic ująć. Wszystko zależy od sytuacji. U mnie jest tak: na codzień główne role grają bawełna z bawełną i z dzianiną wełnianą, czyli zwykle dżinsy plus bluzka albo koszula (no, tutaj dochodzi jeszcze jedwab) i swetry najchętniej kaszmirowe. Wełniany tkaninowy total look pozostawiam na szczególne okazje, wizytowe i oficjalne.
    A co do ‘ sztucznego’ to zgadzam się z powyższym komentarzem, nie zasługuje, aby to nosić i jeszcze za to płacić. Trzeba być odpowiedzialnym za swoje wybory i mieć świadomość co się z taką rzeczą będzie działo kiedy już jej nie będziemy potrzebować.

    Odpowiedz
  4. Marrus
    23 października 2016

    A ta pani ze zdjęcia w burgundowych rurkach to mogłabym być ja. W sensie stylu naturalnie: sztyblety, spodnie (mogłabym raz czy dwa odstąpić dżinsy za aksamit w takim kolorze), koszula, sweter, to to co uwielbiam. Piękna nauczycielka:)

    Odpowiedz
    • Marrus
      24 października 2016

      I w ogóle zaczęłam po poprzednim wpisie inaczej patrzeć na aksamit. Nigdy nie sądziłam, że może być bawełniany, sądziłam, że albo forte albo wcale czyli albo z jedwabiu (ale takiego na oczy nie widziałam) albo sztuczny. Teraz mi się podoba:)

      Odpowiedz
  5. Asia
    23 października 2016

    Jest mi niezmiernie miło, że mój komentarz był inspiracją do nowego wpisu. Mam wrażenie, że sporo czytelniczek to osoby, które dopiero szukają idealnych dla siebie rozwiązań i tak przedstawiony temat wiele im wyjaśni.
    Odniosę się do kilku kwestii: zgadzam się, że nigdy dbanie o dom czy ubrania nie były tak proste. Ale przez wieki to były jedyne obowiązki kobiet. Obecnie trzeba pamiętać, że dla ogromnej części kobiet 9-10 h to praca zawodowa + dojazd do i z pracy. Dla mnie nie ma niczego dziwnego w tym, że wiele z nas chce zminimalizować dodatkową pracę w domu. Dlatego ja prasuję tylko jak i co muszę. Moja mama prasuje nawet T-Shirty, ja nie widzę takiej potrzeby. Niektóre rzeczy wystarczy po prostu dobrze strzepnąć i wywiesić, inne, jak bawełniana koszula, bez żelazka się nie obejdą – i te noszę rzadko. Aleee od jakiegoś czasu posiadam ręczną parownicę do ubrań i polecam ją na szybkie poprawki rano, do wygładzania ubrań trudnych do prasowania, np. plisowanych, z falbanami i do “prasowania” właśnie jedwabiu, wełny – w przeciwieństwie do żelazka nie spłaszcza tylko wygładza.
    Kolejna rzecz – sądzę, że statystycznie mimo wszystko większość potrzebuje ubrań w typie nauczycieli, tylko wąska grupa zawodowa wymaga bardzo konkretnego, eleganckiego ubioru (artykuły w stylu “jak ubrać się do biura” z przykładami żakietów, eleganckich sukienek itp. są z założenia błędne, bo znowu tylko konkretne stanowiska tego wymagają – pracownicy biurowi, którzy nie maja kontaktu z klientem, mogą ubierać się “normalnie”).
    Są następne istotne kwestie: czynnik finansowy – nie czarujmy się, to jest istotne i o ile wybór poliester/bawełna nie powinien być problematyczny, to poliester/wełna już tak.
    Ostatnia kwestia: niestety, jakoś ubrań jest coraz gorsza. Z jednej strony używa się coraz gorszych materiałów (poważnie: pokażcie mi firmę, która ma ubrania tylko z naturalnych tkanin, np. wśród przecudnych jedwabiów i wełny Deni Cler ma poliestry w tych samych, wysokich cenach! A tak mi się podoba ta sukienka: http://denicler.eu/product-pol-2072-Kremowa-sukienka-z-asymetrycznym-przodem.html ), z drugiej, coraz mniej starają się same marki. Ileż to już słyszałam, że “kiedyś mieli super jakość, ale potem się pogorszyło” (np. o Tommy Hilfiger). Dalej, te “lepsze” marki tworzą dzieci-potworki dla masowego klienta. Od razu mówię – nie wypowiem się na temat wytworów Ewy Minge, ale to, co powstało niedawno jako takie tańsze dziecko woła o pomstę do nieba. Ludzie chcą poczuć luksus i zapłacą kilkaset zł za… poliester: http://answear.com/p/femestage-by-eva-minge-476-b.html/femestage-by-eva-minge/p-1/r-60/o-n/k-/p/femestage-by-eva-minge-476-b.html/k-4/

    Odpowiedz
    • Catty
      23 października 2016

      Pozwolę sobie napisać pod tym postem.
      Szczerze mówiąc, trochę nie rozumiem, o co chodzi z tym prasowaniem ;) Ja nie prasuję nigdy – ok, prawie nigdy, ostatni raz trzymałam żelazko w ręce w lipcu zeszłego roku (mam jedną sukienkę z bawełnianej satyny, która wymaga prasowania, i to długiego, ale ponieważ to sukienka imprezowa, a do tego aktualnie na mnie za mała, to nieduży problem ;)). A bawełna to główny składnik ubrań, i moich, i męża (tak, koszule 100% bawełna też mamy, mąż ma również 100% len ;)). Mimo tego nieprasowania nieraz słyszę, jak to zawsze jestem super wyprasowana, a kiedy na wyjeździe wyjmuję ubrania z torby, to “wow, t-shirty i skarpetki też chciało Ci się prasować?” :D Z mojego punktu widzenia w wiekszości przypadków nie ma różnicy wizualnej między ubraniem wyprasowanym i niewyprasowanym – o ile się je przechowuje w szafie, a nie np. zwinięte w kłębek, wrzucone do plecaka i przygniecione swetrami ;) Co prawda jest różnica w dotyku, ale to kwestia indywidualna – ja akurat nie lubię dotyku ani wyprasowanych ubrań, ani wyprasowanej pościeli.

      To prawda z tym ubieraniem się do pracy, że business informal obowiązuje tylko nielicznych – chociaż zagraniczne korporacje są w tym względzie bardziej restrykcyjne. Np. wymóg noszenia koszuli, garnituru i krawata dla osoby, która m.in. jeździ samochodem, montuje i naprawia sprzęt :D Ale takie pomysły na szczęście długo nie wytrzymują w polskich realiach.

      A artykuł jak zawsze ciekawy, rzetelny i przyjemny w czytaniu :) Zastanowiło mnie to zabijanie bakterii i pleśni żelazkiem, silny argument za prasowaniem ubrań, przynajmniej przy małych dzieciach, będę musiała rozważyć w przyszłości (lista rzeczy, które zacznę robić, jak już będę mieć dzieci, wciąż rośnie :P).

      Odpowiedz
      • Małgorzata
        23 października 2016

        Szczerze mówiąc to otwarłam szeroko oczy ze zdumienia po przeczytaniu, że Pani nie widzi różnicy w wyglądzie rzeczy wyprasowanych i nie. Szczególnie gdy to jest bawełna i len.

        Odpowiedz
        • Marrus
          24 października 2016

          Trzeba przyznać, że chwilę po zdjęciu z deski do prasowania różnica jest, ale godzinę po założeniu już nie bardzo. Ja akurat prasuję, bo czuję taką potrzebę, ale dwie moje koleżanki nie prasują prawie niczego i kiedy dowiedziałam się o tym byłam szczerze zdumiona, bo wyglądają… normalnie. Noszą głównie dzianiny bawełniane.
          Mój mąż nosi codziennie koszule i prasuje je sobie sam, (bo wg niego ja robię to nie wystarczająco dokładnie) ekstremalnie długo i z pietyzmem wręcz. Owszem prosto z deski, na wieszaku wyglądają imponująco ale wystarczy, że trochę w koszuli ‘poprzebywa’ i ona niczym nie różni się od wyprasowanej przeze mnie, powiem więcej, nie różni się od nieuprasowanej (suszę mocno wytrzepane starannie rozwieszone na wieszakach). Różnica jest tylko w głowie.

          Odpowiedz
          • Catty
            24 października 2016

            :)
            “Różnica jest tylko w głowie.” – ogólnie się zgadzam (zwłaszcza po przypadkach, kiedy nie pasowałam na bieżąco, a mąż mylił koszule wyprasowane i niewyprasowane, bo “przecież wyglądają tak samo”), ale przypomniała mi się rzecz dla mnie oczywista, a wiem, że niektórzy robią inaczej. Ja po praniu w pralce, wyciągam ubrania z pralki jeszcze tego samego dnia (najlepiej w miarę szybko, jak się to pranie skończy) i rozwieszam, podczas gdy całkiem sporo osób zostawia pranie w pralce do następnego dnia wieczorem albo nawet do wyschnięcia, a potem męczy się z jego prasowaniem :P

          • Monika Frese
            24 października 2016

            Marrus, widziałaś mój eksperyment, który opisuję pod spodem?

            Polubiłam Męża od razu, więc zdradzę Wam jedną z super tajnych tajemnic atelier :-). Być może wiecie, a być może nie: ważne jest, żeby nie zakładać na siebie jeszcze ciepłej, świeżutko wyprasowanej koszuli. Niech ostygnie sobie spokojnie na wieszaku, to będzie się mniej gniotła na człowieku.

      • Monika Frese
        24 października 2016

        Prasowania i fotografowania nie było w poniedziałkowym, porannym planie zajęć, ale musiałam, po prostu musiałam przeprowadzić mały eksperyment! Od lewej: rękaw koszuli przed prasowaniem, rękaw koszuli uprasowanej (na szybko, bo wymyśliłam i prasowałam na ostatni gwizdek), rękaw koszuli uprasowanej, ale już po kilku godzinach noszenia.

        Odczucia rozumiem, bo z odczuciami nie ma co dyskutować, ale czy to tylko kwestia mojej pedanterii? Dla mnie różnica jest, hmm… decydująca.

        Catty: Aaa! To ważne: pranie trzeba wyciągać od razu z pralki, bo w ciepłym, wilgotnym środowisku bakterie rozmnażają się jak szalone. Nie, nie mam obsesji na punkcie bakterii :-)

        Odpowiedz
        • Catty
          24 października 2016

          Chyba zapoczątkowałam ożywioną dyskusję i na dodatek zainspirowałam do eksperymentowania ;) Dziękuję za poglądowe zdjęcia. Nie wiem, czy to kwestia mojego szczęścia czy może wadliwej pralki nieodwirowującej dostatecznie wody (chociaż to już trzecia, więc prawdopobieństwo jest raczej małe), ale moje bawełnianane i wiskozowe ubrania po wypraniu i wyschnięciu wyglądają jak pomiędzy zdjęciem 2 a 3, ale jednak zdecydowanie bliżej 2… (hm, cieniutka tkanina wiskozowa zdecydowanie bliżej 3, ale ona gniecie się od samego patrzenia ;))

          Żeby skończyć już z tym kontrowersyjnym tematem, poczekam grzecznie na następny artykuł ;)

          PS. Z tymi bakteriami to żadna obsesja – ja też o nich pamiętam i staram się unikać ;)

          Odpowiedz
          • Marrus
            24 października 2016

            Ha, ha a ja prasuję i efekt mam w najlepszym wypadku jak na zdjęciu nr 3… Dwójkę osiągam tylko na etapie deski do prasowania. No nic dziwnego, że muszę nosić sweterki!

          • Monika Frese
            25 października 2016

            Catty: To chyba jakaś magiczna pralka… też taką chcę. Albo nie, czekaj, przecież ja lubię prasować.
            Prasowanie ma dla mnie coś z medytacji :-)
            Jak to skończyć? Tak po prostu? Nie ma tak łatwo, rozochociłaś mnie, to teraz masz! Poskarżyłam się wszędzie gdzie mogłam, nawet na fejsbuku!

            Marrus: Noś sobie na zdrowie. Nawet pogniecione. Wszystko Ci wybaczę za Twoje poczucie humoru (albo jeszcze lepiej, podrzuć mi coś, to Ci poprasuję :-)

        • Marrus
          24 października 2016

          No z tym nie da się dyskutować:)
          Ale dochodzi jeszcze istotny element, CO się przez te kilka godzin robiło w takiej koszuli :)
          No np czy nie była pod kurtką, marynarką itp.
          Ale przyjmuję na twarz, że pedantyczna to ja nie jestem.

          Odpowiedz
      • iwona
        25 października 2016

        ja prasuję wszystko, dosłownie. Kiedyś prasowałam jeszcze mężowskie bokserki, ale zabronił, bo szwy zaczęły go drapać. Ja mam ułożyć takie niewyprasowane gatki w szufladzie, to muszę zmrużyć oczy :-)
        No dobra, skarpet nie prasuję.

        Odpowiedz
    • Anita
      23 października 2016

      Proszę, firma, która ma ubrania tylko z naturalnych tkanin:
      http://monikakaminska.com/
      I ta:
      http://morebyless.pl/strona/tkaniny

      Odpowiedz
      • Monika Frese
        24 października 2016

        Dziękuję Anito. Pierwszy adres znam, drugiego nie, ale oba są fantastyczne.

        Odpowiedz
      • Asia
        25 października 2016

        Tak i raczej nic na moje 100 cm w biuście czy 110 w pupie, niestety. A i tak wybór jest naprawdę niewielki. Nie chcę narzekać – jasne, że można znaleźć coś fajnego. Ale naprawdę nie znam sklepu, w którym jest spory wybór i nie muszę sprawdzać składu każdego ubrania. Jeszcze jest opcja znalezienia takiego sklepu z ubraniami z bawełny, ewentualnie lnu, ale z wełną, jedwabiem – ciężko. Nawet firmy znane kiedyś ze świetnych tkanin idą w poliestro-akryle (Deni Cler czy Aryton). Najgorsze jest oglądanie przepięknych rzeczy, które okazują się być ze sztucznych materiałów. Mam wymagającą figurę i znalezienie dobrze leżących rzeczy nie jest proste, wyobraźcie sobie to rozczarowanie, kiedy znajdzie się coś ładnego, dobrze leżącego i… sztucznego. Wełniane sukienki z jednego z poprzednich artykułów – praktycznie wszystkie śliczne, ale większość o prostym kroju – nie dla mnie.

        Odpowiedz
        • Anita
          25 października 2016

          Wybacz, ale prosiłaś o wskazanie firm, które szyją tylko z naturalnych tkanin (z podtekstem, że takich nie ma) a nie sklepów, które szyją na wymagające figury. Może trzeba po prostu poświęcić trochę czasu na poszukiwania? Bo nikt oprócz Ciebie nie wie czego tak naprawdę oczekujesz. Te dwa sklepy to tylko przykłady i dowody na to, że nie jest prawdą, że nie ma firm, które w swoim asortymencie proponują tylko naturalne tkaniny. Oczywiście masz rację, że większość próbuje nam wcisnąć poliester za chore pieniądze, ale to się powoli jednak zmienia.

          Odpowiedz
          • iwona
            25 października 2016

            Ja się przyłączę do Asi. Sklepy są, ale raczkujące/mały wybór/styl najczęściej mocno biurowo oficjalny.
            Ja nosze małe 34 lub 32 i też nie mam się gdzie ubrać. Nie każdy też potrzebuje czy lubi marynarki. Nie każdy musi/lubi ubierać się w granat czy szarość. Wielokrotnie już pisałam, że marzy mi się damska Vistula, z takim wyborem tkanin, taką szeroką rozmiarówką (kołnierzyk, wzrost i biust)i z takim szyciem (zróbcie porównanie jak są uszyte koszule dla mężczyzn i w Wółczance dla kobiet, dostrzeżcie fakturę materiału).
            Kobieta chcąc się ubrać musi polować, w tym sklepie koszulkę, w tamtym jeansy, przez net ze Szkocji sweter, z Niemiec czy z UK buty. Płaszcze najczęściej znajduję od rozmiaru 36 albo nawet 38 (Dziekański). Tygodnie szukania np. jeansów, które nie mają 20% poliestru, nie są poprzecierane i nie są legginsami udającymi dżins.
            Przecież nie chodzi o to, żebym z braku laku kupiła u Moniki Kamińskiej princeskę, kiedy potrzebuję i marzę o szmizjerce (a dwie spódnice od Moniki mam i uwielbiam, żeby nie było; Pani Moniko, trzymam kciuki za rozwój i ciągłe poszerzanie asortymentu).
            Mężczyzna wchodzi do Vistuli i kupi wszystko, od bielizny po buty, wszystko ze świetnych materiałów, z piękną podszewką, porządnie uszyte i w rozsądnych (przeceny) kwotach.

            Ostatnio w Deni Cler zauważyłam “jedwabną bluzkę” za 700 zł, klikam na skład, a tam wiskoza z elastanem.

          • Anita
            25 października 2016

            A tutaj też naturalne, piękne tkaniny (wiem, bo mam) i styl niebiurowy:
            http://mariezelie.com/

          • Monika Frese
            25 października 2016

            A ja przyłączę się do Anity, która jako jedyna próbuje znaleźć konkretne wyjście z sytuacji. A przecież nie musi, bo to nie ona ma problem.

            Asia: ale w tym właśnie rzecz… dopiero Twoje własne słowa i spokojna, wyważona odpowiedź Anity, coś mi rozjaśniła! Aśka, Ty jesteś narzekacz! Przejrzałam sobie wszystkie Twoje wypowiedzi i od pierwszego komentarza skarżysz się i narzekasz okropnie na wszystko: na obsługę, na zakupy online, na sieciówki, na firmy markowe, na dopasowanie, na brzydkie buty, na rajstopy, na rzemieślników, na kłopotliwą pielęgnację… Wiesz, że w zasadzie tylko przy szmizjerce pogadałyśmy sobie bez jęczenia?
            Słowo, staram się jak mogę, ale powoli mam wrażenie, że to całkiem bez sensu, ponieważ każda odpowiedź jest tylko pretekstem do dalszej lawiny pesymizmu. Ja wiem, że życie nie jest łatwe, ale ten pesymizm zaraża, zatruwa i tak, za każdym razem kompletnie psuje mi nastrój.

            Anita: dziękuję ślicznie za głos rozsądku i spokoju. Właśnie zastanawiam się, dlaczego sama nie umiem powiedzieć z nieskrępowaną pewnością siebie “Miła Czytelniczko, nie narzekaj, tylko weź sprawy w swoje ręce”? Dałaś mi do myślenia.

            Iwona: ja jestem spokojny, dorosły człowiek, ale mam wrażenie, że nasze rozmowy kręcą się wokół tego samego. Wiem, że niejednokrotnie pisałaś i wiem również, że zwykle nie mam pojęcia co Ci odpowiedzieć, bo to pełne pretensji wyrzucanie z siebie złości, doprowadza mnie do rozpaczy. Wykorzystam fakt, że mam dzisiaj buntowniczy nastrój i powiem na głos to, co zwykle w takich momentach kłębi mi się w głowie:
            Jako właścicielce bloga: proszę o więcej empatii, inicjatywy i konkretnych rozwiązań.
            Jako właścicielce pracowni krawieckiej: masz nietypową figurę? Problemy z gotową konfekcją? Uszyj na miarę.
            Jako człowiekowi, zwyczajnie wyprowadzonemu z równowagi: zrób coś! Rusz się! Weź sprawy w swoje ręce, tylko nie narzekaj!

            Ciągle rozmawiamy o różnych markach, możliwościach, strategiach, rozwiązywaniu problemów…
            Dlatego od dzisiaj koniec z narzekaniem w komentarzach. Od narzekania na tym blogu, to jestem ja.

          • iwona
            25 października 2016

            Przepraszam Moniko, masz rację, jestem narzekacz, a to jest Twoje podwórko. Mam wygórowane wymagania i jestem zazdrośnicą. Nie pogodzę się z tym, że damski rynek ciuchowy wygląda jak wygląda, a pisząc to mam na myśli, że nie będę chwalić czegoś, co jest w powijakach, podczas gdy męski rynek jest hen do przodu.
            Jeśli chcemy, żeby producenci coś zrozumieli, to nie możemy się na pewne rzeczy godzić i nie możemy chwalić ich w sposób, w jaki chwali się dziecko za niewielkie i drobne sukcesy.
            Ja sobie z ciuchami radzę, potrafię znaleźć to czego szukam, mam zaufaną pracownię krawiecką, do której jeżdżę ponad 200 km. Ale na pewne sprawy nie chcę przymykać oczu, udawać że aktualny stan rzeczy jest satysfakcjonujący.

            Obiecuję, że taki wyrzut złości jest ostatnim. Z mojej strony od dziś możesz oczekiwać konkretów: jeśli ktoś szuka dobrego kaszmiru, dobrych butów, krawca w Poznaniu, sklepu ze znakomitą wełną – służę.

          • Monika Frese
            25 października 2016

            Czyżbyś miała wrażenie, że moje wymagania są niewystarczająco wygórowane? Jeśli już, zwykle zarzuca się temu blogowi, coś wręcz przeciwnego – że rozbudza do marzeń, które nie mają pokrycia w rzeczywistości :-)

            Przyjmuję wyciągniętą rękę i wiesz, co? Ty sobie nie przymykaj, tylko mnie oszczędzaj.
            Cieszę się, że zaczynamy od nowa.

        • Katarzyna
          25 października 2016

          Te wymiary odpowiadaja rozmiarowi L hm premium. Szeroko dostepne (poczta dociera w kazde miejsce w pl) i spory wybor. Jakosc niezla. Materialy glownie naturalne. To tylko jeden z wielu przykladow. Nie mowie, ze jest latwo, ale tez mam 100 w biuscie i przez ostatnie pol roku udalo mi sie kupic w dobrych cenach i dobrej jakosci ok. 15 sztuk “gory”. Zajelo to troche czasu, ale cos za cos :)

          Odpowiedz
          • 555
            26 października 2016

            Ja mam w biuście 115, a w biodrach 117. To jest dopiero XL, nie? ;)

    • Makosza
      23 października 2016

      Muszę, naprawdę muszę, bo nie zasnę, walczyć z jednym stereotypem. Kobiety zawsze pracowały, bo mało która była królową, księżniczką a i niżej urodzonych było o wiele więcej niż arystokratek. Pracowały obok prowadzenia domu, np. na polu, na straganach, serwis w bogatszych domach itd.

      Odpowiedz
      • Monika Frese
        24 października 2016

        Genau! Śpij dzisiaj spokojnie, stoję za Tobą jak mur :-)

        Odpowiedz
    • Monika Frese
      24 października 2016

      Asiu, masz prawdziwą zdolność pisania komentarzy, na które nie da się odpowiedzieć inaczej, niż całym wpisem :-)

      Wiesz, na pewno masz rację, jeśli chodzi o Czytelniczki bloga. Zakładając go, miałam przed oczami kobietę w moim wieku, ponieważ mniej więcej w takim wieku są również moje klientki (35-55, czyli średnia 45). Jednak wydaje mi się, że przedział wiekowy na blogu jest dużo “młodszy” i stąd pewnie wynikają czasem nieporozumienia w stylu “myślałam, że skoro ja to wiem, to inni też”. 45-latka wie, żeby nie pakować wełny do szafy bez ochrony przeciwmolowej i że wełna nie lubi gorącej wody, bo miała w swoim życiu dosyć czasu, żeby zmarnować kilka fajnych sweterków.
      Nie mogę się jednak z Tobą zgodzić w sprawie obowiązków kobiet. Jak słusznie zauważyła wyżej Makosza, arystokratek zawsze było o wiele mniej niż zwykłych zjadaczek chleba. Dlatego kobiety zawsze pracowały na kilka etatów. Przypominam sobie moją babcię, która prowadziła dom, i o której dziadek zwykł mówić “siedzi baba w domu”. W jej przypadku “siedzenie w domu” oznaczało ogarnięcie dużego domu (na szczęście ogrodem zajmował się już pan i władca), ubranie i wychowanie czwórki dzieci, gotowanie dla ośmiorga domowników (dwoje dorosłych, czwórka dzieci i dwie dziewczyny ze wsi – praktykantki, które uczyły się u babci zawodu) oraz obszywanie klientek z całej okolicy. Jak jest mi źle, bo z nadmiaru obowiązków nie wiem gdzie wsadzić ręce, myślę sobie o mojej babci i zaraz świat wygląda inaczej. Mam pralkę! Mam zmywarkę! Mam cichutki odkurzacz, którego obsługa przeszła od niedawna na syna! I mam męża, który wie, że kobieta to też człowiek.

      Kwestia cen jest rzeczywiście nie bez znaczenia i rozmawiałyśmy już sobie o niej kilkakrotnie. Ogólnie rzecz ujmując, wszystko sprowadza się do “jedna rzecz lub kilka” i jest sprawą indywidualnego wyboru. Ja dla siebie wybieram opcję “tylko jeden”, to znaczy jeden kaszmirowy lub jeden porządny wełniany sweter zamiast kilku z mieszanki wełny (2 – 3, które w sumie będą kosztowały tyle samo). Porządny oznacza, że nie robię żadnych kompromisów i wszystko musi pasować: fason, kolor, materiał, dopasowanie i sposób pielęgnacji.
      Oczywiście, to oznacza, że nie mogę mieć wszystkiego na raz (albo nowy swter albo nowe buty), muszę czekać (aż odłożę sobie kwotę na wymarzoną rzecz), planować (z wyprzedzeniem: czego koniecznie potrzebuję w nadchodzącym sezonie? Czego mi brakuje? Co może/musi poczekać?), szukać (najlepszych okazji) i być cierpliwa (aż znajdę to, co w ogóle odpowiada moim wymaganiom, nie dając się uwieść po drodze przypadkowym impulsom). Opisałam już kiedyś moją własną strategię zakupów i pojawił się tam wełniany żakard, na który czekałam ładnych parę miesięcy (czekałam na sale, bo cena była powalająca. Doczekałam się). To było w lutym 2015, teraz jest październik 2016 i żakard się szyje. Tak, trwało to całe wieki, ale przecież nigdzie mi się nie spieszy. Co więcej teraz, kiedy moja spódnica jest już prawie gotowa, jestem pewna – nikt nie przejdzie obok niej obojętnie.

      I jeszcze dylemat związany z jakością tkanin. I z tym, co jest normalne, a co nie w odniesieniu do codzienności. I… ale nie.
      Nie da się zamknąć wszystkich ważnych i interesujących spraw dotyczących problemu Jak ubrać dorosłą kobietę? w formie jednego komentarza. Ale na szczęście nie ma też takiej potrzeby. Cały blog o tym opowiada.

      Odpowiedz
      • Małgorzata
        24 października 2016

        Przepraszam Moniko za zwrócenie uwagi. Mamy rzeczywiście październik ale 2016.

        Odpowiedz
        • Monika Frese
          24 października 2016

          Aż musiałam sprawdzić! Faktycznie, już poprawiam :-)
          Jesteś na bieżąco? Ja też strasznie lubię te pogaduchy.

          Odpowiedz
      • Asia
        25 października 2016

        No cóż, chyba musze to ująć inaczej – jestem zaangażowana i pracowita w mojej pracy zawodowej, ale nie jestem raczej najlepszą panią domu – robię to i tyle, ile muszę. Prasowanie dla mnie koniecznością nie jest, więc robię to rzadko i wybieram raczej te ubrania, które tego nie wymagają. I choć zawsze marzyłam, żeby być jedną z tych osób, które są zawsze nienagannie “zrobione”: odprasowane, pomalowane, uczesane itd. to wiem, że nie będę. Nie będę się zmuszać do codziennego prasowania koszul czy prostowania włosów. Także rozumiem i osoby, dla których czymś naturalnym jest taka dbałość o swój zawsze idealny wygląd, i takie jak ja, które musiałyby się do tego zmuszać. Ale tak – podziwiam wcześniejsze pokolenia kobiet, podziwiam współczesne kobiety, które potrafią zająć się domem, pracą, dziećmi, zawsze dobrze wyglądać i jeszcze mieć czas dla siebie na hobby – nie wiem, jak to robią. Ja chyba jestem leniem po prostu :)

        Odpowiedz
  6. Monika Frese
    23 października 2016

    Dobry wieczór Dziewczyny,
    ale mi tu wypisujecie! Piszcie, piszcie. Ja jestem dzisiaj w jakimś szalonym biegu, ale wracam do Was jutro. To sobie pogadamy :-)

    Odpowiedz
  7. Makosza
    23 października 2016

    Miałam krótką historie z poliestrem i historia nie bez powodu była krótka.
    1. Plamy potu. Nie pocę się mocno a latem pod pachami, na plecach, w miejscu, gdzie nosiłam torebkę było mokro.
    2. Po pewnym czasie zapach danego ciuszka nie był miły. Z bawełną też tak czasami miałam.
    3. Akrylowy sweterek choć ładny w ogóle nie grzał, cały czas było mi zimno. Myślałam, że z wiekiem się zmieniam i staję się zmarzluchem.

    Ale wiadomo, co kto lubi. jeśli chodzi o dbanie o rzeczy to tak samo, jednym się chce, inni wolą ten czas na coś innego przeznaczyć. Na szczęście nikt nas do niczego nie zmusza. Jako posiadacz małej ilości ciuchów nauczyłam się znaleźć ten czas ale mi to odpowiada. I cieszę się, że mam trochę inne AGD niż moja mama w latach 80. Żelazko lekko jedzie po materiale, w pralce program na pranie ręczne oraz pranie wełnianych rzeczy w 30 stopniach i na zimno.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      24 października 2016

      Chyba się powtarzam, ale do ułatwień domowych XXI w. dodałabym mężczyznę uświadomionego w kwestii równouprawnienia kobiet.

      Odpowiedz
      • Makosza
        28 października 2016

        A to fakt.

        Odpowiedz
  8. Agnieszka M.
    24 października 2016

    Dobrze, Moniko, że piszesz o tej sprawie. Dla siebie w tej chwili nie widzę rozwiązania idealnego (pewnie takich nie ma). Parę lat szukałam kurtki parki bawełnianej – gdy jakimś cudem znalazłam, wyglądała na stary sprany ciuch, nie pasują mi takie klimaty. Zmorą syntetyków jest dla mnie elektryzowanie się. Ściągam kurtkę i mnie kopie. Druga rzecz, bawełniane spodnie na teraz to za mało ciepłe dla mnie.
    Widzę różnicę między wyprasowaną koszulą a nie. A już na pewno bluzek wiskozowych nie da się nie prasować. Wyciągam pranie zaraz po skończeniu i wieszam swobodnie, w szafie też nie mam powciskane. Naprasowałam się trochę w młodości tetrowych pieluch. Teraz prasuję bawełniane T-shirty,
    Tak sobie pomarudziłam:) Nocowałam niedawno u koleżanki i pościel była maglowana – super odczucie.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      24 października 2016

      Marudź ile chcesz, ja też lubię prasować i też lubię mieć wyprasowane. A do tego prasowanie ma w sobie magię, naprawdę! Prasuję sobie i nikt z domowników mi nie przeszkadza, bo widzą przecież, że jestem okropnie zajęta. Wszyscy zostawiają mnie w świętym spokoju, a ja w tym czasie obmyślam sobie, planuję albo tak zwyczajnie bujam w obłokach (hmm… pary :-)

      Odpowiedz
      • Agnieszka M.
        25 października 2016

        Mi przy prasowaniu mózg odpoczywa ewentualnie jakieś pomysły zawodowe do głowy przychodzą. Kiedyś włączałam sobie filmy, teraz unikam.
        A, korekta, bawełniane sztruksowe spodnie to jak najbardziej grzeją. Doszłam do wniosku, że chyba kurtkę trzeba będzie uszyć. Ale to już nie w tym roku. Spódnica mi jest jakaś dłuższa potrzebna, jakąś wełnę w prążek mam. Dekatyzować?

        Odpowiedz
        • Monika Frese
          25 października 2016

          Koniecznie. Prasowanie z parą i przez ściereczkę.

          Odpowiedz
          • Agnieszka M.
            25 października 2016

            Dzięki. Tego się obawiałam. Moje żelazko od jakiegoś czasu nie produkuje pary, a poza tym dobrze działa, więc nie myślałam o kupnie nowego, bo to nie jest jakoś stare. Przez zaparzaczkę może być?

          • Monika Frese
            25 października 2016

            Pewnie. Nawet chciałam napisać “przez wilgotną ściereczkę”, ale się poprawiłam.
            Za-pa-rzacz-ka… smakuję sobie, bo słyszę bardzo rzadko… ładnie leży na języku.

  9. Irensa
    24 października 2016

    Jak sięgam wstecz pamięcią – Babcia /kobieta domowa/ zawsze miała się w co ubrać! Granatowy kostium o męskim kroju w tenis z prostą spódnicą, wełniana suknia z żabotem /lub bez/ w pięknym kolorze czekolady, druga letnia jeszcze piękniejsza z grubego, mięsistego, lejącego i barwnego jedwabiu, dwie bluzki – biała i brzoskwiniowa, jedwabne. Pamiętam też granatowe, nubukowe pantofelki na grubym korku. To prawie cała Jej szafa! Spojrzała za okno i zawsze wiedziała w co się ubrać. I zawsze była stosownie i szykownie ubrana! A perkale po domu!

    Odpowiedz
    • Marrus
      24 października 2016

      Wspaniały opis garderoby!

      Odpowiedz
    • Małgorzata
      24 października 2016

      Jakbym widziała moją babcię Zofię, jej suknia z wełny była w pięknym szarym kolorze ozdobiona przy szyi jakąś fikuśną patką z dość dużym, ozdobnym, czarno-perłowym guzikiem. Czasem patrzę na jej zdjęcie w tej sukni i żałuję, że się nie zachowała do dziś. A płaszcz Babci wełniany w pięknym, bardzo ciemno – zielonym kolorze miała całe lata i zawsze wyglądał jak nowy. Jak ona to robiła?

      Odpowiedz
    • Monika Frese
      25 października 2016

      Rzeczywiście wspaniałe opisy.
      Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, gdy rozmawiamy o tych cudnych przykładach nieprzeładowanej, dobrze zorganizowanej kobiecej garderoby, to myśl, że nie było w nich ani grama sztuczności. To znaczy, że my też możemy.

      Odpowiedz
      • Asia
        25 października 2016

        Kurczę, ja chyba się rozejrzę za krawcową po prostu. Jeżeli mam wydać kilkaset z za dobrej jakość ciuch to równie dobrze mogę go sobie uszyć. Tym bardziej, że naprawdę bardzo wątpię, żeby udało mi się znaleźć rzecz idealną, bez kompromisów. A swetry, ba, nawet najzwyklejszy szalik – to można na drutach zrobić, może babcie mnie nauczą? Jako dziecko miałam od nich mnóstwo sweterków, czapek, rękawiczek itd…
        Przy okazji – przeglądałam Premium z HM online i musze powiedzieć, że całkiem sporo ciekawych rzeczy tam widzę. A poza HM, coraz większe zainteresowanie – ponownie, po przerwie – wzbudza we mnie Massimo Dutti z całkiem fajnymi cenami i sporym wyborem rzeczy z naturalnych materiłaów.

        Odpowiedz
        • iwona
          25 października 2016

          Asiu, popatrz niżej, co pisałam o MD.
          I w sumie TO miałam ostatnio na myśli pisząc, że wełna wełnie nierówna. Mam kaszmirowy sweter z MD, mam też ze Szkocji. Niebo a ziemia. Wełna od Moniki Kamińskiej a wełna od MD to lata świetlne różnicy.

          Odpowiedz
          • Asia
            25 października 2016

            Hmm chyba będę musiałą zrobić tak – wydać większą sumę na rzecz dd sprawdzonej firmy (kto wie, może od Moniki Kamińskiej?) i przekonać się o jakości dobrej wełny, żeby mieć jakiś punkt wyjścia. Dziękuję za opinię o MD.

        • Irensa
          26 października 2016

          Asiu, w końcu wpadłaś na to, że w Twoim przypadku najlepszym wyjściem jest krawcowa! Brawo!

          Odpowiedz
          • Asia
            26 października 2016

            Prawdopodobnie pierwszą próbą będzie sukienka na ślub cywilny :)

  10. Monika Kamińska
    24 października 2016

    Bardzo ciekawy artykuł. Ja po swojej szafie widzę, że pielęgnacja (pranie, prasowanie itp.) wełnianych ubrań zajmuje mi znacznie mniej czasu niż bawełny. Chociaż uwielbiam koszule, to nie opcji na brak prania po jednym noszeniu. A wełniaiane spódnice, zwłaszcza noszone na rajstopy, ododaję do pralni raz na kilka miesięcy ;)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      25 października 2016

      No pewnie, że ciekawy :-) Odwdzięczę się od razu, bo przeczytałam Twój tekst Skąd się bierze cena ubrania?
      Wiem, ile kosztuje uszycie pięknej sukienki albo płaszcza z dobrej tkaniny, chociaż moja praca ma całkiem inny wymiar i całkowicie odpada w niej kilka punktów, np. sesje zdjęciowe lub logistyka. Tak czy inaczej, świetny wpis. Będę go polecać za każdym razem, gdy znowu stanę w obliczu komentarza “Bee… ale wszystko o czym piszesz jest takie drogie!”. Jest. Inaczej być nie może.

      Odpowiedz
  11. Karolina
    25 października 2016

    Po pierwsze prasuję. Bo lepiej w szafie wygląda i ładniej się nosi. W dodatku mam w suszarni ok 36 stopni więc nawet najlepiej powieszone pranie wygląda jak z gardła, za szybko schnie. A teraz do wełny /bawełny /poliestru. No dobra poliester/akryl odpada – bo pot i ogólnie bllee. Akceptuję jedynie w formie polara na dłuższe wyjścia. Po drugie bawełna jest “zimna” więc na lato jak najbardziej. Ale zbliża się zima. Wełniana bielizna – podkoszuki merino – jest niezbędna w moim życiu. Gorzej sie pierze ale mam pralkę z opcją wełna – więc żaden problem. I na wierzch można ubrać poczciwą bawełnę.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      25 października 2016

      Sprowokowałam Cię tym fejsbukiem? Witaj na blogu Karolino. W świecie pełnym poruszających zagadnień, jak np. pachnący papier przeciwmolowy i perfekcyjna długość zaszewki :-)

      Widzę, że zgadzamy się nie tylko w sprawie prasowania. Podkoszulek merino to również mój najlepszy przyjaciel zimą (zaraz obok wełnianego pledu i futrzanych bamboszy).

      Odpowiedz
  12. iwona
    25 października 2016

    Ponieważ wpis ilustrują zdjęcia z Massimo, to podzielę się refleksją. Bardzo się ucieszyłam, jak odkryłam ten sklep, bo wpisuje się w mój gust i zdecydowana większość rzeczy uszyta jest z naturalnych materiałów i posiadająca naturalne podszewki. Niestety ten sklep ma bardzo nierówną jakość. Mam rzeczy, które użytkuję, piorę i wciąż wyglądają dobrze, ale są rzeczy, które niszczą się w oczach, a ja o swoje ciuchy dbam nadprogramowo. Trochę się do MD zraziłam, bo wady widać dopiero po kilkukrotnym założeniu, lub po pierwszym praniu. Może nie wady, a fakt, że ubranie założone kilkakrotnie, raz czy dwa uprane wygląda jak kilkuletnie. Na plus – raz reklamowałam, i zachowano się wzorcowo, nie było dyskusji w stylu “niewłaściwie Pani użytkowała, to Pani wina, nie zastosowała się Pani do wskazówek na metce itp”

    Odpowiedz
  13. Dobrawa
    25 października 2016

    Dzień dobry,
    Uprzejmie donoszę, że Pani blog ma wymiar edukacyjne również dla kolejnego pokolenia. Dzięki Pani z z mojej szafy powoli acz konsekwentnie znika akryl i poliester. Ubrania z ich domieszką również unikam. Jeżeli chodzi o pranie wełny to dzisiaj ten problem rozwiązują pralki, chyba już wszystkie mają program do prania wełny. A co do cen to jako, że jestem dopiero absolwentką studiów, to jestem wierną klientką outletów. Znalazłam np. outlet firmy COS 100 m. od swojego domu i dzięki temu jest posiadaczką swetrów z wełny merino w cenie niższej niż akrylowy z HM. Serdecznie pozdrawiam.

    Odpowiedz
    • Asia
      25 października 2016

      Oooo o COS wspominała koleżanka z pracy, ale w PL chyba niedostępny.

      Odpowiedz
      • Dobrawa
        25 października 2016

        Stacjonarnie to bardzo slabo dostepne, chyba tylko Warszawa, Gdynia i Poznan i niestety maly wybor. Jezeli ktoras z pan mieszka w Trojmiescie to w Pruszczu Gdanskim jest outlet. Czesto tez mozna kupic na allegro oraz w sklepie internetowym Hopla.

        Odpowiedz
    • Monika Frese
      25 października 2016

      Dzień dobry Dobrawo,
      dziękuję za to przemiłe doniesienie. Bardzo się cieszę, że również takie młode osoby jak Pani, świetnie sobie umieją poradzić. Chociaż… niech pomyślę przez chwilę… tak, jeszcze bardziej się cieszę, że inspiracji szuka Pani właśnie u mnie :-)
      Proszę czuć się swobodnie na blogu, ja również ślicznie pozdrawiam.

      P.S. Outlet Cosa prawie na progu domu? Zazdrościmy okropnie!

      Odpowiedz
    • Katarzyna
      25 października 2016

      A jak z wyborem w tym outlecie?

      Odpowiedz
      • Dobrawa
        26 października 2016

        Dziękuję i wzajemnie pozdrawiam:)
        A co do outletu to jest duży wybór jeżeli chodzi o góry: koszule, swetry, bluzki oraz spodnie, sukienki i spódnice, rozmiarowo też jest ok. Jest trochę biżuterii, bielizny oraz czapek etc.Jest wieszaczek z rzeczami dla dzieci i dla panów. Gorzej jeżeli chodzi o okrycia wierzchnie. Często są dostawy, pani sprzedawczyni wysyła smsa z informacją o najbliższych dostawach także nic nie umknie. Hmmm. to się nazywa chyba raj? :)

        Odpowiedz
        • Monika Frese
          26 października 2016

          Na pewno. Brzmi bosko :-)
          I ten anioł z telefonem w ręku… Dobrawo, masz ziemię obiecaną 100 m od drzwi domu! Musisz być naprawdę grzeczną dziewczynką :-))

          Odpowiedz
  14. Ewelina
    25 października 2016

    Kolejny ciekawy wpis nasycony trafnymi spostrzeżeniami. Ja również podzielam miłość do wełny, zwłaszcza gładkiej, wysokoskrętnej, od której aż bije jakaś taka “szlachetność”. Ostatnio jednak ze względu na zmianę obowiązków zawodowych na bardziej rodzinne (synuś 5-miesięczny) i pociążowe 4 kg więcej (niby niedużo a jednak) coraz częściej odziewam się w bawełnę, która jakoś tak bardziej sprzyja domowemu stylowi życia;)

    Moniko, masz może jakiś patent na pranie wełny? Pranie na sucho jest dość kłopotliwe, no i jest to dodatkowy koszt, zwłaszcza, jeśli wełniana jest jakaś część szafy. Odwieszanie na balkonie/w zaparowanej łazience nie zawsze satysfakcjonująco odświeża. Kilka razy po praniu sukienki wełnianej w rozm. 36 w zimnej wodzie otrzymałam taką samą ale w rozmiarze… na lalkę i jakoś tej wełny się ostatnio boję. Jak żyć, jak prać? Może jednak da się inaczej niż chemicznie (mam na myśli raczej wełnę kupioną w sklepie z tkaninami, nie gotowe ubranie, gdzie producent jasno określa zalecenia dot. prania na metce)?

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      26 października 2016

      Patent? Nie mam tajemnego patentu :-) O pielęgnacji wełny napisałam cały artykuł. Wełnę można prać w wodzie, ale dotyczy to przede wszystkim dzianin i bardzo lekkich wełnianych materiałów (np. wełnianego muślinu). Jeśli chodzi o wełnę wysokoskrętną albo inny rodzaj szlachetnej tkaniny wełnianej (np. flausz), nigdy bym nie zaryzykowała.
      Na beli materiału, który kupujesz w sklepie, również są oznaczenia dotyczące pielęgnacji (zerknij na sam koniec ciągu komentarzy, rozmawiałyśmy o tym ostatnio z Małgorzatą). Ale zrób sobie kiedyś mały eksperyment i upierz (kilka razy) kawałek materiału, który przeznaczony jest wyłącznie do prania chemicznego. Sama się przekonasz, czy efekt jest zadowalający.

      Ewelino, rozumiem, że szukasz konkretnego rozwiązania, więc może przyda Ci się mój sposób? Najchętnej noszę sukienki, ale w moim codziennym życiu, zwłaszcza zimą, najlepiej sprawdza się zestaw koszula lub sweter i spódnica:
      – biała koszula z pięknym detalem (perłowymi guzikami, bufiastymi rękawami, zakładkami),
      – wełniany golf w spokojnym kolorze,
      – rozkloszowana spódnica midi z mięsistej wełny,
      czyli proste i wygodne klasyczne fasony, które w połączeniu ze szlachetnymi materiałami dają mi poczucie luksusu na co dzień.

      Jeśli przemyślimy sobie praktyczny aspekt – spódnicę, żakiet albo płaszcz nosi się zwykle na czymś, więc (w przeciwieństwie do sukienki noszonej bezpośrednio na ciele) wystarcza im regularne odświeżanie wilgotnym powietrzem i bardzo rzadko potrzebują wizyty w pralni chemicznej.

      Odpowiedz
      • Ewelina
        26 października 2016

        Artykuł o pielęgnacji wełny czytałam oczywiście i do niego wracałam:) Jeśli Ty mówisz, że patentu na “obejście” prania chemicznego nie ma, no to nie ma (poza sposobami na odświeżenie). Jeśli chodzi o sprawdzanie metki na beli – porządne jakościowo tkaniny kupuję zawsze online i tylko jeden sklep pisze wprost, że tylko pranie chemiczne, reszta określa tylko jaki jest skład tkaniny/dzianiny, jakie ma cechy, chwyt, kolor i cenę. A szkoda. Zdarzyło mi się prać ręcznie w zimnej wodzie rzadko noszoną spódnicę uszytą z wełny wysokoskrętnej z domieszką jedwabiu i – odpukać! – nic się nie stało. Teraz, kiedy jestem bardziej douczona w temacie to już raczej bym się nie odważyła, chyba że eksperyment z kilkukrotnym praniem kawałka dałby pozytywny rezultat.
        Bardzo mi się podoba pomysł, by “szlachetne” tkaniny nosić dalej od ciała, a te niebojące się pralki – bliżej ciała. Lubię takie praktyczne rozwiązania, dzięki! :)

        Ach, żeby wełna “przetworzona” nie bała się wody tak jak wełna rosnąca na owieczkach nie boi się deszczu;)

        Odpowiedz
        • Asia
          26 października 2016

          Ja nie do końca wiem, dlaczego jedną wełnę można prać, a inną nie. A jak sobie z tym radzili ludzie przez wieki, kiedy pralni chemicznych nie było? To były inne wełny? Czy nie prali po prostu? Ja wyprałam kilka par wełnianych spodni i były ok (no dobra – w jednym zniknęła mi kantka :P ), wyprałam nawet wełnianą marynarkę z Zary i niby jest ok, ale mam wrażenie, że przed praniem była jakaś taka hmm lepsza? Miększa? Nie będę więcej żakietów prac, bo nie chodzę w nich tak często, a też nie są właśnie przy ciele, więc szczerze – nie czuję żadnych nieporządanych zapachów :) Ale np. wełniana spódnica Tattuum chyba po wypraniu w zimnej wozie się skurczyła, bo wystaje spod niej podszewka (jeszcze nie mierzyłam).

          Odpowiedz
        • Monika Frese
          26 października 2016

          Ewelina: ech, opisy materiałów w sklepach online to jest temat na osobny wpis i coś, od czego stają włosy na głowie… aha, ale miało być bez narzekań :-) Tak czy inaczej, jeśli nie jest wspomniane, dobrze by było zapytać podczas zakupu o przepis prania, żeby jakby coś poszło nie tak, mieć dowód czarno na białym.
          Znasz jakieś inne dobre sklepy online z tkaninami (inne od tych, które już przedstawiałam)?

          Asia: tak, to były inne wełny. Nie chciałabyś ich dzisiaj nosić – siermiężne. Higiena też była na innym poziomie, a raczej wcale jej nie było. Poza tym… nie, dzisiaj już nie. Oczy mi się kleją i czuję, że powoli się gubię.

          Żegnam wszystkie Miłe Panie, które o tej porze jeszcze buszują sobie po blogu. Lecę do łóżka! Dobranoc.

          Odpowiedz
  15. Magda
    26 października 2016

    Na każdy wpis czekam z niecierpliwością i po raz kolejny się nie zawiodłam:) Dziękuję Ci Moniko za ten wpis, dziękuję Dziewczynom za komentarze, fajnie móc pogadać w tak przyjemnym i otwartym gronie.
    Chciałam jednak dopytać o pewne rzeczy, a mianowicie może masz pomysł na ubranie dla większych osób? Czy w przypadku ludzi o lekko nieostrych kształtach, wełniane swetry do koszuli też się sprawdzą czy jednak bawełniane? Nie wiem kogo zapytać, więc pytam Ciebie Moniko, bo widzę jak mój duży mężczyzna strasznie się męczy jesienno-zimowej. Mężczyzna to nie kobieta, ale bywają też większe panie, więc może też im się przyda taka odpowiedź.
    Codzienny ubiór mojego TŻ to bawełniana koszula i dżinsy, jesienią i zimą dodatkowo cienki sweter, bo sam produkuje dużo ciepła. I tu pojawia się problem, bo bez swetra odczuwa chłód, a mając sweter przy zwykłym chodzeniu w kurtce płynie. Zwróciłam uwagę, że nosi akryl, więc to pewnie dlatego niemiłosiernie się poci, ciało nie oddycha. Czyli obecne swetry idą w odstawkę. Ale właśnie, czy dla osoby z wagą ok. 100 kg, wełniane sweterki się sprawdzą? Nie będzie za ciepło? Czytałam właściwie wszystko co napisałaś o wełnie, ale nie potrafiłam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ew. może coś zaproponujesz? Bawełna? Są kaszmirowe swetry dla mężczyzn:)? Może coś wiesz, coś słyszałaś? Dziewczyny, a może napiszecie jak to się sprawdza u Waszych partnerów, albo u osób które mają pewne krągłości? Z góry dziękuję za odpowiedź. Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      26 października 2016

      Magdo, jak słusznie zauważyłaś, mężczyzna to nie kobieta i tu pojawia się nam największy problem :-) Mężczyźni oprócz tego, że są zupełnie innym gatunkiem, mają również całkiem inną przemianę materii. Znam to z własnego życia – w temperaturach, w których ja zaczynam się już trząść, mój mąż jeszcze się poci, a wszystkie piękne wełniane swetry (podarunki żony) leżą sobie nieużywane na półce, bo jemu jest w nich zawsze za gorąco. Dlatego sądzę, że przede wszystkim powinnać szukać odpowiedzi na męskich blogach, mamy kilka naprawdę dobrych (Mr. Vintage, Szarmant, Czas Gentlemanów).

      Jeżeli w czymś Ci to pomoże, to mam jedną ogólną uwagę na temat noszenia bawełny zimą. Ja też noszę chętnie bawełniane koszule, ale one nie grzeją, dlatego zwykle mam pod spodem jedwabną haleczkę albo cienką koszulkę z wełny merino. Jedwabna haleczka odpada w przypadku Twojego męża, ale wełniana bielizna warta jest przemyślenia.

      P.S. I tak, akryl jest do niczego. Za to kaszmir można znaleźć w sporym wyborze dla mężczyzn

      Odpowiedz
  16. Asia
    26 października 2016

    Moniko, moje narzekania raz, że mają podstawy – zawsze padają argumenty, dwa, że idą z nimi rozwiązania, jeżeli jestem w stanie na nie wpaść i się nimi dzielę (Anita polecała Marie Zelie jako firmę odzieżową szyjącą ze 100% materiałów – czy nie ja ją proponowałam?), a trzy – są prośbą o pomoc, jeżeli nr 2 się nie udaje. Taki mam styl bycia. Nie narzekam dla narzekania – to zawsze do czegoś zmierza.

    Wiesz, w jednej z moich byłych prac zmieniana była mocno usługa, którą proponowaliśmy klientom. Kierownictwo przedstawiało tylko pozytywne aspekty, ja widziałam potencjalne problemy i zagrożenia. Mówiłam o tym i pytałam o nie. Słyszałam, że mam negatywne nastawienie i przejmuję się problemami, których nie ma. I wiesz co? Miałam rację – one się pojawiły. I wiesz co jeszcze? Byłam na nie przygotowana – bo zmusiłam tym “narzekaniem” do rozmowy i zastanowienia się nad strategią działania w razie “problemów, których jeszcze nie ma”.

    Bardzo nie chciałabym, żeby sposób, w jaki przedstawiam pewne bolączki wpływał na postrzeganie mnie jako takiej zgorzkniałej zołzy. Spójrz – cały wpis oparłaś na moim narzekaniu. Zobacz, ile dobrego z tego wyszło. Może czasem nieświadomie prowokuję? Może moje pytanie o sklep z ubraniami w 100% z naturalnych tkanin to było wyzwanie? Być może za jakiś czas będzie można sporządzić całkiem sporą listę sklepów, w których można kupować w ciemno, bo wiadomo, że poliester tam nie występuje, a wiskoza pełni rolę co najwyżej podszewki?

    Pozdrawiam ciepło.

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      26 października 2016

      Nie wiem czemu, wyobraziłam sobie, że wszystkie się poobrażamy. Cześć :-)

      Odpowiedz
      • Asia
        26 października 2016

        Eeee no chyba nie, dorosłe jesteśmy i całkiem mądre, co? ;)

        Nad narzekaniem będę pracować, bo chyba wygląda to gorzej niż jest, tzn. nie jestem nieszczęśliwa, często narzekam na rzeczy, które mnie bezpośrednio nie dotyczą, ale są i denerwuje mnie, że dotyczą innych ludzi i oni musza się z czymś zmagać (mogą to być bardzo niskie zarobki w Polsce – ja mam w porządku akurat; może to być słaba dostępność dobrych jakościowo ubrań – ja mam to szczęście, że mieszkam w Krakowie, więc i tak wybór mam niezły, i sklepów ciuchowych, i sklepów z tkaninami, i krawcowych).

        Odpowiedz
  17. Agnieszka
    26 października 2016

    Bardzo się cieszę, że tyle nas tutaj zagląda i komentuje, może uda nam się lobbować na producentów odzieży ;) Widzę też, że na innych (mniej eksperckich) blogach coś się w temacie tkanin zaczyna ruszać – chociaż tam nadal triumfy święci jeszcze wiskoza, swetry z bawełny i mieszkanka bawełny z poliestrem nazywana gabardyną ;)
    Czasami wydaje mi się, że jestem niewolnicą jedwabiu latem i wełny zimą – tyle czasu zajmuje mi ich pielęgnacja (zwykle nie piorę ich w pralce bo nie mogę uzbierać nawet części wsadu na tryb “wełna”), pranie ręczne, potem suszenie na płasko itd. Ale komfort noszenia wynagradza wszystko i nie zamierzam się zmieniać :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      27 października 2016

      Ściskam Cię za te cudne słowa. Ja też nie zamierzam się zmieniać :-)

      Jak jedna zakochana w jedwabiu i wełnie lady, drugiej: wcześniej również prałam swetry osobno, ale teraz najpierw segreguję pranie kolorami, a potem patrzę, co do czego można jeszcze wrzucić. Aby wypełnić wsad piorę wełniane dzianiny razem z rajstopami, bielizną (również nocną), jedwabnymi halkami, wełnianymi podkoszulkami, a jak się zaplącze w tym towarzystwie jakaś bawełniany sweterek, to też ok.
      Po wyjęciu wełny, resztę delikatnie odwirowywuję, bo bawełna potrzebuje wieków, żeby wyschnąć. Przyznam, że jest mi dość łatwo, bo z dwójką maluchów, które chętnie noszą wełniane ubranka, prania starcza zwykle, żeby wypełnić dwie pralki naraz… ale może mimo wszystko Cię natchnę :-)

      Odpowiedz
  18. Weronika
    27 października 2016

    Bardzo ciekawy artykuł. Zastanawiam się tylko czy wełna będzie się również nadawała na szmizjerkę. Wszędzie widzę szmizjerki z bawełny. A może wełna jest za gruba i ta sukienka nie będzie się dobrze układała? Aha, Moniko czy mogłabyś doradzić jak się powinna ubierać sekretarka? Domyślam się, że dzinsy odpadają. Jak słyszę sekretarka to widzę koszule, garniturowe spodnie, cygaretki, ołówkowe spódnice, żakiety. Czy sekretarkę obowiązuje jakiś ścisły dress code? Chociaż to pewnie zależy od firmy.

    Odpowiedz
    • Olka
      27 października 2016

      Moim zdaniem w każdej firmie jest inaczej, i przed rozpoczęciem pracy warto zrobić mały rekonesans przy okazji wizyty z dziale HR. Jeśli spontaniczna przechadzka po biurze jest niemożliwa, można sie pokręcić pod budynkiem w miejscu gdzie ludzie wychodzą na papierosa. Po godzinie obserwacji na pewno będziesz miała lepszy ogląd sytuacji niż czytając stereotypowe poradniki nt dress code.
      Z obserwacji mojej korporacji wynika ze ten standard jest mocno poluzowany…czyli albo żakiet + dżinsy/cygaretki albo spodnie garniturowe i koszula, bez żakietu. Ale nie wykluczam, że po drugiej stronie ulicy może być całkiem inaczej.

      Odpowiedz
    • Monika Frese
      27 października 2016

      Szmizjerka wywodzi się od męskiej koszuli, może stąd pierwsze skojarzenie – bawełna! Poza tym bawełna jest tania w porównaniu do wełny i można ją wrzucić do pralki.
      Weroniko, jeśli masz ochotę na szmizjerkę z wełny, wybierz którąś z lżejszych gatunkowo tkanin. Dwa przykłady dla inspiracji, pt. Nie tylko bawełna: wełna od Madelle (zajrzyj do nich, znowu mają ten śliczny kamelowy trencz z wełny) oraz jedwab od RL. Obie sukienki dorosłe i cudne.

      Zawodowy mundurek to kolejny temat, do którego poważnie się przymierzam. Mam go w planach między sukienkami (bo to jeszcze nie koniec, z sukienkami dopiero się rozkręcam :-) i różnymi typami figur. Mam nadzieję, że Ci się nie pali.
      Dla mnie hasło “sekretarka” również oznacza przede wszystkim klasykę – skromnie, dyskretnie, elegancko. Sekretarka jest prawą ręką szefa, więc reprezentuje firmę i powinna wyglądać “na serio” (często jest pierwszą osobą, z którą ma kontakt klient, partner, kontrahent), ale dużo zależy od branży. Im bardziej konserwatywne pole działania (bank, urząd, biuro prawnicze), tym bardziej stonowany, spokojny ubiór. I odwrotnie: wyjątkowo elegancko, poważnie ubrana dziewczyna będzie dziwnie wyglądała (i tak też się czuła), np. w środowisku medialnym.

      Ogólna wskazówka, o której rzadko się mówi, ale która wydaje mi się bardzo ważna, gdy rozmawiamy o ubraniu do pracy: im większe masz doświadczenie zawodowe, tym bardziej możesz zaszaleć. Im jesteś młodsza (i mniej doświadczona), tym Twój styl powinien być bardziej prosty i bezpretensjonalny. Cdn.

      Odpowiedz
  19. Asia
    29 października 2016

    Dzień dobry, dodaję jeszcze jeden adres, na który wpadłam: http://szyjemysukienki.pl/ Można wybierać tkaniny do uszycia swojej sukienki: http://szyjemysukienki.tumblr.com/

    Odpowiedz
    • Monika Frese
      30 października 2016

      Dzień dobry. A tak, szyjemy sukienki.pl, to adres który rozważałam do serii Piękne i polskie. Świetna inicjatywa, ale materiały niestety odbiegają od naszych blogowych standardów. Mam tę firmę na oku, być może jeszcze nas przyjemnie zaskoczy.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz